Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksja. Pokaż wszystkie posty

Chociaż pieniądze szczęścia nie dają...

...to realizacja wielu planów ich wymaga! Dzisiaj tekst o moich planach i pragnieniach, czyli robi się naprawdę osobiście. Pamiętacie, że kiedyś narzekałem na konsumpcjonizm? Czas wyjść na hipokrytę tego roku!

Mam wiele kosztownych planów, marzeń i pragnień. Ba, podejrzewam, że niewiele mniej od przeciętnej istoty ludzkiej! A jeśli do przyziemnych zachcianek dodamy jeszcze te o wiele bardziej odległe, to milion złotych byłby za mały do ich realizacji. Mogę się pocieszać tylko tym, że jakkolwiek radosne byłoby zakupienie sobie kilku rzeczy z tej długiej listy, to szczęście w życiu zapewniają mi zupełnie inne rzeczy. W tym, rzecz jasna, niematerialna część marzeń, do których realizacji dążę.

Seattle
Zacznijmy od czegoś, co wielu z was pewnie ma gdzieś z tyłu głowy - marzę o podróży! I to nie byle jakiej - zaczynając od Petersburga, przez Moskwę, zaliczając przejażdżkę kolejną transsyberyjską i trafiając do Chin. Po spędzeniu miesiąca w Państwie Środka z ciekawości poświęciłbym jeszcze dwa tygodnie Korei - zarówno tej z P w nazwie, jak i tej z P w nazwie. A stąd bliska droga do Stanów Zjednoczonych i Seattle. Stan Waszyngton (nie mylić z Dystryktem Kolumbii i stolicą USA) od zawsze mnie fascynował. Ostatni przystanek to minimum miesiąc w Kanadzie. Mnogość kultur, historii i cywilizacji. Mentalność w każdym z tych rejonów świata jest diametralna różna od naszej per zachodniej/europejskiej i warta zgłębienia.

W krajach znajdujących się na mojej podróżniczej liście jest więcej do poznania i zobaczenia, niż pozostało czasu wolnego w całym moim życiu. Taktuję to jako dawkę doświadczeń, które wymagają wygospodarowania przynajmniej 6 miesięcy na całą podróż. Mimo to zwiedzanie i tak odbędzie się wtedy po łebkach. Koszta? Strach wnikać, takiej góry pieniędzy prawdopodobnie jeszcze na oczy nie widziałem. Szczególnie, że nie wszędzie wystarczy mi namiot, którego i tak specjalnie nie lubię. Jestem z tych wygodnickich, niestety. Hotele, motele czy nawet domowe noclegi to dla mnie minimum standardu życia, który pozwala mi na odczuwanie komfortu.

Mimo to mam nadzieję, że chociaż bliżej 50-siątki na karku uda mi się ustabilizować budżet i odbyć taką tour życia. Aczkolwiek wtedy mam nadzieję, że zamiast dwóch Korei przyjdzie mi odwiedzić jedną - Zjednoczoną.

Seattle
Podróż życia za nami, więc mogę przejść do czegoś o wiele bardziej przyziemnego. Czegoś, co należy do kategorii drobnych marzeń-zachcianek i czegoś, co tak naprawdę ciężko nazwać mi marzeniem. Chciałem komercji, więc mam komercję, huh? Możliwość pracy na dobrym MacBooku w połączeniu z towarzystwem iPhone i iPada to kosztowna sprawa i zwykłe gadżeciarstwo, o którym myślę niemal codziennie. Z drugiej strony jest to jednak praca w kompleksowym systemie urządzeń, co przekłada się na mobilność i skuteczną pracę w, chociażby, tramwaju czy pociągu. Czy jednak naprawdę potrzebuję akurat elektroniki z logiem jabłuszka w swoim życiu? Nie. Póki posiadam tańsze i skuteczne odpowiedniki prawdopodobnie nie porwę się na takie wydatki. Mimo, że w moim zamiłowaniu do technologii zawsze będę chciał się na to skusić. Może jeśli kiedyś założę firmę, huh? Kolejne marzenie.

Cenię sobie niezależność, ale i współpracę z innymi. Możliwość uwolnienia się od losu korposzczurka zawsze będzie miła wizją. Wątpię, żeby udało mi się to w formie działalności gospodarczej - szczególnie zrzeszająca grupę copywriterów. To brzmi jak szaleństwo nawet w innowacyjnej formie. Ba, mam wrażenie, że to recepta na szybkie bankructwo, jeśli nie jest się osobą naprawdę doświadczoną w kręgach biznesowych. Mimo to jest to moim małym marzeniem - mała firma żyjąca z copywritingu i e-marketingu. Lubię być na bieżąco z nowinkami i mieć możliwość wykorzystywania tej wiedzy w praktyce. Być może kiedyś odłożę wystarczająco dużo gotówki i pójdę w tym kierunku, być może jednak korporacje wejdą mi w krew lub znajdę dający mi satysfakcję z pracy stołek w lokalnej redakcji/organizacji pozarządowej/pójdę w politykę.

Ponoć każdy marzy o wydaniu książki. Nie będę lepszy.

MacBook
A co teraz? Dbam o zupełnie inny rodzaj potrzeb, który również wymaga pieniędzy. Meble, łóżko, ekspres do kawy, odmalowanie ścian, generalny remont łazienki. Dopadło mnie życie i konieczność urządzenia swojego mieszkania. Jest to rodzaj przymusu, a jednocześnie praktycznego zwiększenia komfortu mojego życia. W kwestiach materialnych prawdopodobnie nic nie da mi w najbliższym czasie większej radości, niż odświeżenie pokojów w moich czterech ścianach. Dodajmy, że efekty remontu pozwolą mi na cieszenie się wygodą przez wiele lat. Myślę, że mądrze zrobiłem zaczynając od wydatków na mieszkanie.

Podsumowując - warto rozsądnie zarządzać pieniędzmi i odkładać na swoje marzenia, ale warto zachować przy tym rozsądek. Najpierw wydajemy na to, co pilne, a dopiero potem na zachcianki. A plany, które da się określić jako życiowe, mogą poleżeć w lodówce naprawdę długo. W końcu chcemy, żeby ich realizacja była porządna i dopięta na ostatni guzik.

Dwa lata później

Minęły dwa, piękne, długie lata od ostatniego okresu aktywnego publikowania tutaj treści. W międzyczasie próbowałem chwycić się kilku innych projektów, jak i zacząć budować fortunniej nazywającą się markę, jednak za każdym razem rozbijałem się o skały. A poprzez skały mam na myśli brak większych chęci, czasu i samozaparcia do wykonania tej najcięższej, początkowej fazy, przez którą każdy blog musi się przebić. Niezmiennie brakowało mi miejsca do publikowania swoich przemyśleń.
W ciągu tych dwóch lat do mojej skrzynki zdążyła napłynąć zaskakująca  liczba ofert współpracy ukierunkowanych na RÉALITÉ DE LA LEGENDE. Udowodniło mi to, że jednak nie pracowałem nad tym miejscem na marne i z czasem wszystko, nawet pozostawione samemu sobie, potrafi zaplusować. Zastanawiałem się wtedy co byłoby, gdybym jednak zdecydował się prowadzić bloga dalej, jedynie zmieniając założenia projektu. Ostatnio zaczęło mi się to wydawać wręcz atrakcyjne.

Dwa lata później, kilka głupich pomysłów dalej, parę certyfikatów do przodu i o jeden kubek kawy za mało postanowiłem, że jednak muszę wyżywać się artystycznie poza szufladą. Pisanie artykułów i tekstów na zlecenie to jednak nie to samo, co przelewanie stricte-własnej myśli na elektroniczny papier w swoim, internetowym kąciku. Poza tym chciałbym wreszcie odważyć się zrealizować swój własny podcast, który od lat chodzi mi po głowie, a takie idee wymagają bazy w postaci strony czy właśnie bloga.
Rzeczywistość-legenda znowu istnieje, choć w mniej sztywnej i sprecyzowanej formie. Oby tym razem bez przerw i dwóch usuniętych w międzyczasie blogów. Teraz wiem już coś o budowaniu marki.

Tęskniliście? Zakładanie, że ktoś w ogóle o tym pamięta jestem prawdopodobnie bardzo aroganckie, ale co tam. Wolę widzieć w tym nutę optymizmu! 
.
Zawsze gdy mam problem z koncepcją na poranną notatkę idę zrobić sobie półlitrowy kubek ciemnej, aromatycznej kawy. Potem pozostaje już tylko znaleźć sobie muzykę na najbliższe dwie godziny, z reguły znakowaną jako "[Melodic Downtempo, Ambient, Chill Out & PsyChill Mix ]" i wreszcie można przystąpić do pracy. Tak właściwie na tym kończy się cały mój rytuał, ot, chwytam ideę i publikuję po przeprowadzeniu korekty. W przypadku wielkiego kryzysu posiłkuję się publicystyką, zawsze w końcu znajdując temat warty poruszenia. Choć czasem, tak dla kontrastu, chodzę z pomysłem przez kilka dni, przygotowuję wszystko wcześniej, ustawiam zautomatyzowaną publikację danego dnia o tej i o tej godzinie, a dalej już tylko fajrant! Częściej jednak zdarza mi się trzymać pokłady weny na wodzy w oczekiwaniu na kolejny poranek, tak jest w przypadku dzisiejszej notatki.

Tygodniowo pochłaniam niezmierzone ilości prasy, która coraz wyraźniej zalega mi na półkach. Powoli kończą mi się idee na miejsce rozsądnego składowania jej - nie wyrzucę ani nie oddam tych skarbów na makulaturę. Potrafią mieć bezcenną wartość jako materiały źródłowe, wartość która z roku na rok rośnie. Wracając jednak do opowiastki - nadrabiając swoje braki w Newsweeku (dla nadgorliwych dodam, że konkurencję z prawej jak i lewej strony również poczytuję w ramach poznawania opinii obu stron i wyciągania własnych wniosków) jak każdego tygodnia natrafiłem na *felieton pana Marcina Mellera. O czym był to tekst? Na dobrą sprawę o jego procesie twórczym. 

Pan Meller żalił się częściowo, a zarazem opowiadał, że czasem gdy przychodzi piątek i konieczność nadesłania tekstu do redakcji tygodnika zaczyna mieć problem. A mianowicie to nieznośne pytanie - o czym by tu napisać? W końcu po pięciu latach publikacji powoli wyczerpał nieskończone źródełko inspiracji. Wniosek? Czas pobiegać w celu pobudzenia szarych komórek. Już po piętnastu minutach sportu następuje sukces objawiający się powolnym notowaniem idei, które w pewnej części jego samego (ponoć) przerażają niczym koncepcje godne stanu upojenia alkoholowego. Z sensowniejszych wymienia jednak kolejno - tekst historyczny? Potrzebowałby więcej czasu. O rodzinie pisał już kilka razy w ciągu ostatnich tygodni. Może czas na odrobinę sztuki i kultury? Ostatnio wyszła świetna książka autora, którego uwielbia i którym katuje tę formę nieustannie, nie wypada. O, jest, ciekawa premiera w kinie! Ale za późno grają, nie zdąży nadesłać. Niestety, przegrał bój, nie udało mu się, temat zostaje taki jaki jest, za tydzień będzie musiał pobiegać już w czwartek.

Wtedy, cholera, zacząłem mu zazdrościć! Ten to ma dobrze. Jeden ambitny i staranny tekst tygodniowo, który długością niewiele różni się od moich codziennych publikacji. Dodatkowo tematyka w pełni swobodna, nieograniczona, nie trzeba dbać o jakąkolwiek szatę graficzną. Reklama? Nie jego broszka. Ba! W zestawie dodają względnie stałą liczbę czytelników przekraczającą 100 000 miesięcznie i jeszcze mu za to płacą! A ja, biedny, dzień w dzień męczę się w celu zaspokojenia własnych ambicji i przekazania czegoś światu, wyciskam z siebie ostatnie soki, acz przy tym jednak świetnie się bawię. Ażeby dopełnić czary goryczy to pana Marcina zmartwię - bo publikuje w tygodniku Newsweek raptem cztery, a nie pięć lat.

Po tygodniu trzeba przyznać, że jednak bieganie w czwartek niewiele panu Marcinowi dało, bo i w przypadku przytaczanej tu publikacji nie było konieczne. Może i ma lepiej, ale zasłużył talentem, lekkością pióra. A przyznacie, że koncepcję miał zacną.

PS: Tytuł skradziono z przytaczanego tu felietonu, który nosi miano "Parę pomysłów na felieton".

*dla ciekawskich dodaję, że pochodzi on z numeru 24/2016 6-12.06.16, strona 43
Źródło: winopołowy.pl
Dawniej dobre wino kojarzyło nam się z pewną ekstrawagancją i luksusem, czymś odległym, niedostępnym. Na szczęście mówimy tutaj o historii - dziś ten szlachetny trunek potrafi być idealnym dodatkiem do grilla czy uprzyjemnia nam spotkanie ze znajomymi przy fajnym, luźnym filmie. Coraz częściej pijają je młodzi dostrzegając w nim doskonały substytut dla piwa czy wódki. Czy słusznie? Wiele wskazuje, że tak! 

Profesor David Sinclair z Uniwersytetu Harvarda już w 2008 roku odkrył, że występujący w winie resweratrol korzystnie wpływa na funkcjonowanie naszego układu krwionośnego i zmniejsza prawdopodobieństwo chorób wieńcowych serca. 

Wedle starej, francuskiej mody lampka dobrego, wytrawnego wina do obiadu wspomaga trawienie i na dłuższą metę działa korzystnie dla naszego organizmu, jednocześnie pomagając nam w dbaniu o linię jak i poprawiając samopoczucie. Potwierdzają to przeprowadzone w 2015 roku badania! Naukowcy z Uniwersytet Stanu Waszyngton i Uniwersytetu Harvarda stwierdzili, że dwie lampki wina dziennie są w stanie przyśpieszyć spalanie tkanki tłuszczowej aż o 70%! Nie od dziś wiadomo, że "lekkie alkohole" w odpowiednich dawkach są wręcz wskazane, oczywiście pod warunkiem zachowania umiaru i wina odpowiednio wysokiej jakości.

Czy jednak da się znaleźć dobre i zarazem tanie wina? Tak!


Źródło: winopolowy.pl
Jestem wielkim fanem dobrych win, niestety z reguły ich ceny są mordercze dla portfela. Dodatkowo irytował mnie brak sklepów internetowych z wartą uwagi ofertą pod tym kątem, ponieważ z reguły zakupy w internecie okazywały się nieopłacalne. WinoPołowy (kliknij, aby przejść do sklepu) to serwis wychodzący naprzeciw moim wymaganiom, który ujął ostatnimi czasy me serce nie tylko przyjemną grą słów w nazwie (polowanie na wina za pół ceny). Widać, że jest to projekt tworzony przez świeżą i dynamiczną kadrę składającą się z ludzi młodych, która zamiast suchych wywodów właściciela wiekowej winiarni oferuje nam świetny dodatek do spotkań ze znajomymi. 

Sama strona sklepu jest niezwykle przejrzysta. Pozwala nam ona filtrować oferty ze względu na barwę wina, zawartość cukru, kraj pochodzenia oraz interesujący nas przedział cenowy. Każde z oferowanych win posiada krótki opis dotyczący walorów smakowych produktu oraz potraw, które najlepiej komponują się z danym, konkretnym gatunkiem wina. Ciekawscy znajdą również pole nazwane "Dodatkową charakterystyką", które pozwoli im się zapoznać z dokładną historią interesującego ich trunku.

Screen ze sklepu winopolowy.pl
Z reguły widząc połączenie niska cena + wysoka jakość stwierdzam, że coś jest nie tak i ktoś próbuje mnie oszukać. W tym przypadku jest jednak inaczej. Udowodniono mi, że posiadanie kreatywnego pomysłu na interes pozwala pogodzić te dwie kwestie. Asortyment WinoPołowy nie należy do największych, ale doskonale spełnia genezę swej nazwy, czyli oferuje nam dobre wina za pół ceny. Dlaczego? Każda oferta to unikatowa okazja, ponieważ wszystkie wina oferowane przez ten sklep są limitowane. Po ich wyprzedaniu zmienia się sam asortyment jak i wina oferowane przez WinoPołowy, efekt jest taki, że znów uzyskujemy wyśmienite trunki w zamian za niewielkie pieniądze (ceny występują w przedziale raptem od 18 do 50 złotych, przy czym warto brać pod uwagę, że na rynku winiarskim w przypadku innych sklepów naprawdę musielibyśmy policzyć za te produkty nawet dwa razy tyle, a po doliczeniu opłaty za przewóz stracilibyśmy jakiekolwiek chęci do zakupu). 

Możemy zaopatrywać się tutaj, rzecz jasna, w pojedyncze trunki, jakkolwiek serwis nastawiony jest na sprzedaż *całych kartonów!  Dzięki temu możliwe jest zaoszczędzenie kolejnych pieniędzy i ulżenie sobie w wydatkach w przypadku imprezy czy zapełnienia barku wysokiej jakości winem, które umili nam niejedno spotkanie. Dostawa produktów jest darmowa w przypadku zakupów powyżej 150 złotych, a biorąc pod uwagę czas dostawy (24 godziny w dniu roboczym) to zapłacenie 20 złotych w przypadku mniejszych zakupów można uznać za cenę niską.

Źródlo: winopolowy.pl
Samo składanie zamówienia zajmie nam raptem poniżej 1 minuty. Jest to czas niezwykle imponujący w porównaniu do ofert innych sklepów internetowych, które potrafią nam odebrać nawet do 10 minut w przypadku finalizacji zakupu. Wybieramy interesujący nas produkt, wpisujemy swoje dane osobowe i adres dostawy, przechodzimy do płatności i gotowe. Nie musimy zakładać żadnego konta (jest to opcjonalne do wybrania przy wypełnianiu danych osobowych), nic! Bez tysięcy dodatkowych podstron w trakcie wypełniania formularza, wciąż jasno i przejrzyście, a do tego o niebo szybciej.

Co jednak jeśli nie znamy się na winach?


Również nie jest to najmniejszym problemem w przypadku WinoPołowy, które prowadzi  bloga z poradami zaadresowanego do amatorów winnych trunków. Znajdujemy na nim treściwe i napisane lekkim stylem artykuły dotyczące sposobów przechowywania wina, jego kompozycji z serami czy technik gotowania potraw na tym trunku. Jeśli nie czujesz się pewnie w temacie, a chcesz się w niego wgryźć to zapraszam do lektury artykułu "Jak dobrać wino?" (kliknij!). A jeśli jesteście zainteresowani kwestiami wymienionymi tu wcześniej to odwiedźcie www.winopolowy.pl, poczytajcie, zamówcie interesujące was trunki a następnie rozkoszujcie się wyśmienitymi winami w gronie najbliższych bądź urozmaicajcie swój jadłospis smakowitymi daniami na owym winie przygotowanymi.

Poza tym grzechem byłoby się z wami nie podzielić informacją o internetowym sklepie winiarskim oferującym Chateau Plagnac za 49 złotych. Szczerze i w pełni polecam!



*karton to 6 butelek oraz wielokrotności szóstki
Źródła: new.schoolnotes.com
Społeczeństwo oraz pracodawcy wykształcili niebezpieczną modę, która sprawia, że wykształcenie przestaje być cokolwiek warte. Ponieważ każdy musi zdać maturę, wstyd nie ukończyć studiów, a czasem bez wyższego nie zatrudnią cię nawet do zamiatania. Sytuacja co najmniej chora, a rozwijająca się z każdym etapem podejmowanych decyzji. 

Na początek jednak załóżmy, że chcemy iść na te studia. Zewsząd wyleją się opinie, że powinniśmy wybrać kierunek lekarski, stricte-ścisły lub w akcie rozpaczy prawo. Reszta się nie liczy i godna jest "mało ambitnych samobójców" w oczach członków rodziny i znajomych. Presja narasta aż dochodzi do momentu, w którym podążamy niechcianą i mdłą ścieżką kariery. Załóżmy, że wytrzymaliśmy te trzy lata, ba, pięć lat! Mamy magistra inżyniera i szczerze nienawidzimy swojego zawodu, dodatkowo rynek pracy okazuje się niemniej okrutny niż w przypadku "niepożądanych" dawniej kierunków, ponieważ w tym co robimy jesteśmy najwyżej średni. Nie można nas o to winić, przecież nawet nie przepadamy za obraną przez nas ścieżką kariery życiowej.

A co jeśli przez całe życie marzyliśmy o tym aby pracować jako stolarz czy tokarz? Zawody wymierające a jakże nadal potrzebne. Dość często problem z nimi związany sprowadza się do kwestii ambicji rodzinnych i wydumanych, stereotypowych teorii na temat kolosalnego wzrostu zarobków w przypadku posiadania wykształcenia wyższego. Poza tym wiele osób postrzega szkoły zawodowe nieuczciwie bo jako siedlisko ludzi leniwych i straconych. Nie, często są to po prostu osoby, które wyrwały się z błędnego koła kreowanego przez współczesny świat. Mają na siebie odrobinę inny pomysł, chcą się realizować, chwała im za to.

Cały problem związany z naszymi wyborami sprowadza się do pytania - kim tak naprawdę chcemy być? Posiadamy całe życie na edukację, jednakże w międzyczasie musimy sobie zapewnić środki do egzystencji. Jeśli naprawdę kochamy coś robić to z czasem w końcu powinno nam się udać wybić na tej ścieżce kariery. Będziemy w tym po prostu lepsi od innych, naturalni, będziemy zajmowali się tym co robić kochamy. O wiele łatwiej przyjdzie nam wyrobienia sobie dobrej opinii pod warunkiem, że nie poddamy się w przypadku początkowych niepowodzeń. Życie nie jest łatwe dlatego warto walczyć o jak największą dozę przyjemność w jego ramach. 

Nie dajmy porwać się szaleństwu, posiadanie wykształcenia wyższego nie powinno być koniecznością i czymś nader powszechnym. Osoby nieposiadające go nie powinny padać obiektem wzgardy i dyskryminacji. Czas wyedukować społeczeństwo, a w szczególności pracodawców, że świat wygląda trochę inaczej niż im się zdaje. 

Wybierając psychologię nasłuchałem się wielu narzekań i jęków na temat tego, że źle robię i skończę bez pracy. Podobne głosy podnosiły się przy okazji marzącej mi się ścieżki historyka, wtedy jeszcze usilniej próbowano wpoić mi wizję żywota prawnika. I wiecie co? Zmarłbym z nudy studiując prawo, a co dopiero poświęcając życie karierze tego pokroju. 
Źródło: vlogmag.pl
Zbliża się czas wakacji, urlopów i wyjazdów. Ba, trzeciego czerwca to prawie jak jedną noga w tym okresie, jeszcze tylko sesja i wolne! Każdy planuje odrobinę zasłużonego odpoczynku, wyznacza trasę marzeń i relaksu, coraz silniej żyje tym i myśli. Bo nie tylko posiadanie swej tygodniowej niedzieli się liczy, każdy posiada konieczność "zluzowania" na dłuższy okres w celu regeneracji sił. W końcu ile można żyć monotonią dnia codziennego, pracy, edukacji? Choć wiele osób może mieć mi te słowa  za złe. 

Czy w naszym okresie wolnym tylko odpoczynek może być przerwą od codzienności? Niekoniecznie. W przypadku studentów czy części uczniów czas ten zostanie zagospodarowany na odbycie praktyk czy zarobienie pieniędzy na własne potrzeby. Jest to powolne wkraczanie w dorosłość połączone ze zdobywaniem niezbędnego w życiu zawodowym doświadczenia. Miejmy nadzieję, że przy tej okazji odżyje sprawa śmieciowych płac i wykorzystywania aspiracji tego pokroju przez pracodawców. Przerażający jest fakt jak tanio ceni się ludzki czas, który należy do najcenniejszych rzeczy w życiu naszej rasy, ale to już dygresja na inną notkę.

Czas wakacji i odpoczynku to dla wielu osób okazja aby potrenować swe talenty, skupić się na nich, zacząć je pielęgnować. W grę wchodzi też zgłębianie tajników wiedzy, na które nie starczało nam czasu w codzienności, w której zawsze jest jeszcze coś ważniejszego do zrobienia. Bo kiedy mamy ku temu lepszą okazję jak nie w trakcie tego swoistego urlopu? Tutaj nie możemy się zasłonić brakiem czasu. Pozostaje usiąść i pisać, ślęczeć nad rysunkami, wsiąść na rower czy zacząć biegać wieczorami. Wszystko pozostaje w kwestii naszej motywacji, w efekcie której część nawyków może wyjść poza urlop dzięki motywującym skutkom i o wiele lepszemu samopoczuciu.

Czy rozwój i kwestie finansowe wykluczają odpoczynek? Dla osoby umiejętnie gospodarującej czasem oczywiście, że nie. Poza tym co nam szkodzi załatwić sobie pracę w Trójmieście, jeśli będziemy mogli u kogoś pożyć po znajomości jedynie dokładając się do wydatków dnia codziennego?  A może jednak damy się przygarnąć cioteczce w górach, od rana pracując, a wieczory poświęcając zakopiańskim rozrywkom? W końcu nawet latem to miejsce oferuje sporo atrakcji. Wszystko to kwestia naszej kreatywności i chęci. Stary czy młody prawie zawsze jest w stanie znaleźć jakieś wyjście z danej sytuacji. 

W tym okresie wakacyjnym, jak praktycznie co roku zresztą, odwiedzę okolice Nowego Targu. Wielu nazwie mnie heretykiem, ale ja i tak najzwyczajniej w świecie uwielbiam polskie góry latem. Szczególnie, że nie jestem zainteresowany sportami zimowymi, preferuję długie spacery oraz świeże powietrze. A poza tym, kto wie? Może wrócę do czeskiej Pragi? Chciałbym, pokochałem to miasto.
Źródło: www.theblaze.com
Żyjemy, układamy wiele planów i ciągle "zdroworozsądkowo" przekładamy coś na później. Fakt, dobrze mieć ułożone i zaplanowane życie, byle nie szło to w parze z nieustannym spięciem, byle nie pozbawiało nas spontaniczności i byle nie było to skrajne. Czy warto przekładać jednak wszystkie przyjemności na bliżej nieokreślone później, warto nieustannie trzymać się konkretnego planu i określonych w jego ramach zasad? A co jeśli jutro miałby nie nadejść?

Jedni zbijają fortunę na snuciu apokaliptycznych wizji świata żerując na naiwności tłumów, wyciągają pradawne przepowiednie z szuflady i zbierają fundusze w celu "zapobiegania" lub "przygotowania się" na rzekomo "nieuchronny" koniec. W końcu kiedy ludzie najchętniej oddają swoje pieniądze? Wtedy, gdy nie będą im ani im bliskim więcej potrzebne. Następnie przychodzi data, a po niej fala samobójstw, armia zrujnowanych żyć. Acz festiwal fanatyzmu potrafi trwać dalej. "Pomyliliśmy się", mówią, "tłumaczenie było błędne" dodają, a po chwili namysłu "to wina interpretacji, już wiemy, znamy datę, dostaliśmy więcej czasu!" i zabawa trwa dalej. Okrutne. Przykładem tak podłego działania jest leciwy już Projekt CHEOPS.

Drudzy nawet nie zaprzątają sobie głowy faktem kruchości naszych żyć, nie chcą nawet słyszeć o bzdurach pokroju możliwego końca znanego im świata. Często też nie zaprzątają sobie faktu swoim prywatnym końcem świata. Bo czy inaczej można określić śmierć? Dla wielu coś się kończy, coś się zaczyna, jednakoż pewniakiem można to nazwać naszą małą, prywatną, ziemską apokalipsą. Indywidualny armagedon, który prędzej czy później spotka każdego. Nikt nie wie jednak kiedy, dlatego "Carpe diem!" wydaje się być pojęciem w głębi atrakcyjnym, pociągającym. Chwytajmy dni póki możemy, jutro może nigdy nie nadejść. 

Źródło: nasa.gov
Powróćmy jednak na chwilę do kwestii globalnej. Czy naprawdę powinniśmy czuć się zagrożeni na
naszej Matce Ziemi? Bez tego miejsca we Wszechświecie ludzkość mogłaby pozostać tylko historią. Kataklizmy nawiedzały nasz świat nieraz. Asteroida, która doprowadziła do masowego wymierania dinozaurów, a pozwoliła ewoluować i przejąć kontrolę nam. Promieniowanie kosmiczne, które powstałe przy pobliskim wybuchu supernowy mogło natychmiastowo wypalić całe życie na naszej planecie. Erupcja superwulkanu, która pozbawia dostępu do światła słonecznego, a w efekcie skazuje na powolną i okrutną śmierć. Burze słoneczne, które są w stanie pozbawić nas całej, dotychczasowej komputeryzacji, wprowadzając niemożliwy do ogarnięcia chaos. Nic nowego w historii Matki Ziemi, widziała już każdą z tych sytuacji, była świadkiem śmierci swych własnych, bezbronnych dzieci, które nie dojrzały wystarczająco, aby się obronić.  Poza tym zawsze możemy zabić się sami, posiadamy imponujący arsenał śmierci i zniszczenia. Nieograniczona wojna nuklearna wedle definicji wojskowych nie jest już wojną, to armagedon. Nie chodzi o zwycięstwo, chodzi o zniszczenie i pogrzebanie wszystkiego co dotychczas istniało. 

Chwytajmy dzień dopóki możemy. Pomijając choroby i nieszczęśliwy los, pomijając kwestię prywatnej apokalipsy nie wiem też kiedy przyjdzie pora na nasz gatunek, na apokalipsę globalną. Brakuje nam polisy ubezpieczeniowej, posiadamy tylko Ziemię. Idzie za tym kolejne przesłanie aby wreszcie zacząć o nią dbać, idzie za tym przesłanie zagwarantowania przetrwania naszemu gatunkowi. A odbijają piłeczkę - zadbajmy też o swoją, prywatną polisę. Dbajmy o zdrowie, pamiętajmy o zróżnicowanej diecie, uprawiajmy sport, nie ignorujmy lekarzy. Zegar tyka... 
.
Swego czasu bylem zirytowany stosunkowo popularną notatką na temat zarobków na YouTube. Dlaczego? Była ona napisana niedbale i nie zawierała przy tym żadnych, konkretnych danych. Dlatego dziś poruszę ten jakże "wdzięczny" temat na podstawie zrobionej trzy lata temu statystyki, która daje do myślenia w przypadku przełożenia na dzisiejsze realia. 

Z góry ostrzegam, iż są to dane aktualne na dzień 17.07.2012, czyli czas gdy magiczną granicą było dla YouTube w Polsce osiągnięcie 100 000 subskrypcji. Nie umniejsza to jednak swoistej wartości edukacyjnej tych danych w kwestii realiów monetyzacji AdSense

Są to dane miarodajne i interesujące pod kątem realiów Polskiej sceny YouTube. Statystykę tworzą wyniki około 30 twórców z Polski, którzy tworzą swoje materiały w języku polskim i kierują je głównie na rejon Polski. 

W statystyce zawarte są informacje pochodzące od twórców małych, posiadających raptem kilka tysięcy subskrypcji, jak i od twórców dużych, którzy przekroczyli granicę stu tysięcy i byli ówcześnie najpopularniejszymi twórcami YouTube w Polsce. Byli to głównie twórcy tworzący materiał dotyczący gier komputerowych oraz kilku vlogerów. 

Z powodu zmiany realiów od czasu utworzenia statystyki oraz kolosalnych różnic pomiędzy indywidualnymi twórcami YouTube nie należy traktować tego jako wartości odnoszących się do wszystkich. Jest to jedynie specyficzna średnia dająca pogląd na ogół sceny YouTube,  ale niemająca odniesienia do losowych jednostek indywidualnych.

Zyski podawane są w stosunku do średniej ilości wyświetleń potrzebnej do wygenerowania 1000 euro. Przejdźmy wreszcie do suchych liczb.

Na rok 2011 średnią wyników było 1000€ (euro) na 2 400 000  wyświetleń. 
Na rok 2012 średnią wyników było 1000€ na 2 000 000 wyświetleń.  

Był to dynamiczny wzrost, który (patrząc na dzisiejsze realia YouTube) prawdopodobnie się utrzymał, jednakże jest to czysta spekulacja autora bloga niepodparta żadną statystyką. Ponownie wracając do sprawdzonych liczb.

Najlepszym wynikiem realnie zarabiającym na dzień 17.07.2012 osiągniętym przez twórcę, który był bliski przekroczenia granicy 100 000 subskrybentów było 1000€ na 1 500 000 wyświetleń. Był to wynik dość imponujący i należący do kanału, który rozwijał się w tamtym okresie dynamicznie. 

Najlepszym wynikiem  na dzień 17.07.2012 okazał się uśredniony wynik vlogera, który z reguły ledwo osiągał granicę wypłat. Jeśli wraz ze wzrostem jego widowni tendencja utrzymałaby się to miałby on szansę zarobić 1000€ na 600 000 wyświetleń. 

Najgorszym wynikiem, który należał do jednego z ówcześnie największych twórców YouTube, było 1000€ na 4 300 000 wyświetleń. 

Średnim wynikiem  na czerwiec 2012 było 1000€ na 1 700 000 wyświetleń. 

Z ciekawostek, które nie mają ugruntowanego potwierdzenia w grupie statystycznej, materiały, które zostają wrzucone na Wykop czy JoeMonster i w efekcie popularyzacji zdobywają więcej wyświetleń często zarabiają mniej. Dlaczego? Wyświetlanych jest wtedy mniej reklam, a więc generowanych jest mniej kliknięć, które zapewniają zarobek twórcy. Z ogólnych spostrzeżeń BrzydkiegoBuraka wynikało, że spadek generowanych zysków przez materiał w stosunku do ilości wyświetleń może wynieść nawet 40%, choć średnio oscyluje on dookoła 23-25%. 

Co ze współpracą z korporacjami zamiast AdSense? Na dzień 17.07.2012 różnica w zysku z reklam była niewielka i z reguły było to około 10% na minus dla twórcy YouTube, szczególnie w kwestii korporacji polskich. Symboliczne zyski na plus gwarantowały głównie korporacje zagraniczne. Biorąc pod uwagę dzisiejsze wpływy i zasięg korporacji na YouTube, szczególnie polskich, są to dane w pełni zdezaktualizowane. Współpraca z pośrednikami musiała stać się naprawdę opłacalna w ciągu ostatnich 3 lat prawdopodobnie ze względu na dodatkowe zyski barterowe oraz kwestie marketingowe. 

Statystyka ta została stworzona przez autora kanału  BrzydkiBurak w ramach "projektu" Dupa Słonia (jeśli ktoś nie rozumie i uznaje to za wulgarne proszę kliknąć tutaj i się wyedukować), ja jedynie postanowiłem wyodrębnić najważniejsze informacje z niej. Osoby zainteresowane sprawą powinny udać się do powyższych źródeł, znajdą tam więcej informacji statystycznej.

Dzisiejszą magiczną granicą jest 1 000 000 subskrypcji, a czołowi twórcy YouTube potrafią wygenerować ponad 40 000 000 wyświetleń miesięcznie. Stawka 1000€ na ilość wyświetleń uległa zapewne dynamicznej i nieprzewidywalnej zmianie, szczególnie, że od zawsze była ona silnie zindywidualizowana. Dzisiejszy YouTube generuje dodatkowe zyski za pomocą materiałów sponsorowanych oraz lokowania produktów. Powyższa notatka dotyczyła jedynie zarobków pozyskiwanych z reklam wyświetlanych przy materiałach twórców.


Źródło: kazzledazz.com
Przyjaźń to mocne słowo niosące za sobą ogromny ładunek emocjonalny. Ludzie dla nas najbliżsi i najdrożsi, teoretycznie Ci, z którymi możemy porozmawiać o wszystkim i wszędzie. A co najważniejsze Ci, którzy nie zostawią nas nigdy na przysłowiowym "lodzie". Jednakże czy aby na pewno? Czy może to jednak odrobinę staroświeckie postrzeganie sprawy względem dzisiejszej mentalności? Osobiście skłaniam się ku wersji, w której zawsze było to słowo o wielkim brzmieniu, choć tylko dla niektórych. Dla innych pozostawało symbolem czegoś pięknego, gdy sami szachowali tym pojęciem na prawo i lewo. 

My, ludzie - różnimy się charakterami, temperamentami, jesteśmy często ulepieni z zupełnie innej gliny. Część z nas potrzebuje relacji wręcz wybitnej, aby utworzyć z kimś więź emocjonalną, a część podchodzi do tego niczym bezproblemowy lekkoduch. Często niesie to za sobą konsekwencje, w pierwszym przypadku prowadząc do lekkiego wyobcowania i samotniczego trybu życia, natomiast w drugim, cóż... Czy pewniakiem można na takich istotach polegać w każdej sytuacji? 

Wyznaję zasadę, że jeśli dana przyjaźń się wypaliła to po prostu nie zaistniała. Obraz godny idealisty, którym ponoć jestem. Kryzysy w relacjach to norma, jednakże wypalenie i dostrzeżenie, że jednak z kimś do siebie ni w ząb nie pasujemy to coś poważniejszego. Powiedzieliśmy wiele słów na wyrost, może w chwili potrzeby, a może mając zafałszowany obraz rzeczywistości. Coś sztucznego trwało skutecznie rok, dwa, aby potem upaść z hukiem. W najgorszym przypadku mogliśmy być perfidnie wykorzystywani i służyć za rodzaj rozrywki, ostatecznie lądując na stercie z zabawkami, które w końcu się znudziły. Opcji jest wiele i w moich oczach eliminują one egzystencję danej przyjaźni. Fałszywa relacja, a nie więź, która powinna przetrwać wiele lat. 

Dla wielu niezwykle ważna jest częstotliwość kontaktu, ale czy to naprawdę aż tak ważne? Przyjaciel to nie partner, choć łączy ich fakt pozostawania z nami na całe życie. Z tym, że w przypadku pierwszego nie jest to zobowiązanie do wypełnienia naszej codzienności. To kontakt raz na tydzień, miesiąc, a czasem i pół roku, który daje nam niebywałą radość. To łzy przelanych i przyjętych przez niego trosk, to wzajemność i empatia. Jest to też reakcja wtedy, gdy potrzebna. Realna troska i zainteresowanie, ale pewniakiem nie kreacja rzeczywistości. Jeśli jednak znajdzie się osoba na tyle bliska i wszechobecna, cóż... Piękne. Nic dodać, nic ująć. Poza tym niektórzy, mimo wszystko, potrzebują relacji na taką skalę. 

Czy jeden, nawet ogromny, zawód może pogrążyć relację? Dla jasności wykluczamy kontekst fałszywej relacji. Pewniakiem nie taką, tu winno być zwyczajne zrozumienie. Czasem zaniedbujemy sprawy najważniejsze, jesteśmy tylko ludźmi. Okazujmy innym zrozumienie, którego sami nieraz pragniemy. Relacje te są zarazem delikatne jak i pancerne, nie możemy pozwolić, aby drobiazgi lub sytuacje pojedyncze miały na nie przeważający wpływ. Chyba, że nie jesteśmy w stanie. Może wtedy powinniśmy się zastanowić nad tym, czy to tak naprawdę przyjaźń? 

Z najbliższymi nawet milczenie bywa darem. 

Nie lubię  szachować słowem "przyjaźń", w moim życiu znajdą się raptem cztery osoby, które jestem w stanie określić tym mianem. Twierdzę, że to i tak wiele. Reszta relacji to czyste, mniej lub bardziej zaawansowane, koleżeństwo z powodu wybrakowanego dopasowania dusz. Wtedy można na siebie liczyć, ale tylko czasem, ciężko sięgnąć po kogoś z zupełnie innej bajki. 
Źródło: blog.bufferapp.com
Żyjemy w wieku pozbawionym twardych autorytetów. Objawy tego stanu są smutne i niezwykle widoczne, gdy pytamy młodych o ich "idoli życiowych". O kim usłyszymy w Polsce? "Za moich czasów" niczym formułę recytowano Jana Pawła II, Jurka Owsiaka, Józefa Piłsudskiego, a okazyjnie trafiała się jakaś inna postać, czasem podawano rodziców, bliskich. Ile było w tym jednak prawdy? Milczenie lub dukane z trudnością ogólniki na temat cech charakteru owych postaci rozwiewały wątpliwości i odpowiadały - niewiele. Powracamy tu, tak na dobrą sprawę, do kwestii cierpkiego określenia jakim staje się "Pokolenie Y". Dorwała nas przepaść cywilizacyjna, zgubiliśmy się, a pustka zieje, zieje i pcha ku radykalizacji oraz jeszcze głębszego limbo. Autorytet zastąpiony został przez idola. 

Sekret klucza odpowiedzi tkwi jednak w rozróżnieniu padających tu pojęć - kim jest idol, a kim jest autorytet? Niektórzy traktują ich definicje zamiennie, szczególnie w dzisiejszych czasach, co kultywuje problemowi i jest potwornym błędem. Idol to osoba będąca obiektem szczególnego podziwu, nieraz graniczącego z sakralnym, czyli wręcz ubóstwiana. Definicja bierze się z genezy tego słowa, które dawniej oznaczało wyobrażenie istoty bóstwa przez czczący go kult. Autorytet jest natomiast jednostką obdarzoną niezwykłym szacunkiem, często w obrębie jakiejś grupy, i uznawana za wzór do naśladowania. Duża różnica, nieprawdaż? Drugie z pojęć, niezwykle ważne, a tak mało wyraziste wobec idola w dzisiejszym świecie, idola który doskonale zapełnia zastałą "pustkę". Fakt, Józef Piłsudski może być świetnym autorytetem, ale czy w XXI wieku ma szansę stać się również idolem? Szczególnie, że druga grupa została zarezerwowana dla gwiazd i twórców YouTube. Niestety, im często brakuje kompetencji do kreowania "misji społecznej" i świecenia wzorcem, nie to się dla nich liczy.

W przypadku autorytetu nie mówimy o pogoni za sławą czy pieniędzmi, co nie wyklucza z tej grupy rekinów biznesu. Ludzie ci zostają wzorcami poprzez swoją postawę życiową, decyzje i osiągnięcia, reprezentując swym żywotem coś wartego naśladowania. Nieraz zostają arcymistrzami w swojej dziedzinie, niczym profesor Jan Miodek, którego poloniści dzień w dzień potrafią zalewać stertą listów z pytaniami natury językowej. 

Współczesny idol buduje swój "kult" widząc w tym sposób na zgarnięcie większych zysków ze swojej działalności. Liczy się kontrowersja, a nie przekazanie treści, liczy się rozgłos i oglądalność. Pieniądze muszą się zgadzać, a to, że przy okazji zaszkodzi się sporej grupie ludzi nie ma znaczenia do momentu, w którym pozostaje na szczycie. Niewiele w tym kultury czy wiedzy, a stanowiska w dyskusji nieraz zawiera w celu zaskarbienia sobie sympatii grupy bardziej koniunkturalnej, większej. Niewiele w tym osiągów przeszłości i proludzkiej postawy, więcej natomiast egoizmu w ramach "tu" i "teraz". Oczywiście wciąż istnieją chlubne jednostki, które balansują na cieniutkiej granicy i dbając o rzetelność - niestety mowa tu o mniejszości. Mniejszości niezwykle marginalnej w Polsce.

Spotkałem wielu pedagogów, którzy potrafili postawić idola na równi z autorytetem jako wygodny zamiennik pojęciowy. Moim zdaniem obie te "instytucje" (idol i autorytet) wymagają głębokich reform pojęciowych, które pochłoną lata pracy u podstaw, jeśli chcemy dowiedzieć się, w którym kierunku wieje wiatr zmian. Choć, może wbrew prognozom i panice psychologów, przyniesie on coś dobrego? Na dzień dzisiejszy jednak powinniśmy umieć rozróżnić te dwa byty i ostrożnie podchodzić do traktowania ich jako synonimów.

Wielkimi krokami zbliża się pokolenie narcyzów, którzy "hejt" będą w stanie wynieść poza internet. W końcu tego się nie sankcjonuje, to normalne i powszechne, tak w ślad za idolami. Oni mogą, to ja nie mogę?
Źródło: puketeschoollibrary.com
Tematyka moim zdaniem niewygodna i perfidna, czyli spadające na łeb na szyję czytelnictwo w naszym kraju. Co wywołuje taką tendencję? Czy tyczy się to również blogosfery i prasy? A może to po prostu smutna era upadających bibliotek i chowanych po kątach ebooków? Na usta ciśnie mi się masa odpowiedzi zbyt optymistycznych, sprzecznych z rzeczywistością, dlatego nie przedłużajmy. Czas rozpocząć rozważania, czas poszukać odpowiedzi.



Liczby mówią za siebie

Wedle najnowszych badań przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową zaledwie 37% Polaków przeczytało w 2015 roku przynajmniej jedną książkę. Jest to przerażająca wiadomość, która skrywa za sobą informację o 20 milionach naszych rodaków, którzy nie tknęli w ubiegłym roku ani jednego dzieła literackiego. Co gorsza silnie koreluje to z kwestią chociażby prasy - ktoś, kto nie czyta książek nie sięga również po publicystykę tego typu. 

Jak wypadamy na tle Europy? Najzwyczajniej w świecie kiepsko. W państwach Europy Zachodniej próg czytelnictwa regularnie przekracza 50%, a w przypadku jednego z naszych sąsiadów, Czech, normą jest nawet próg 80%. Imponujące, nieprawdaż? Być może zamiłowanie literackie również wspiera słynny, narodowy dystans Czechów do świata oraz idący za nim czeski humor.  

Aż 18% populacji naszego kraju przyznaje, że nigdy nie sięgnęło po ani jedną książkę. Z jednej strony traktuję to jako wynik zatrważający, choć z drugiej strony "pocieszający" względem statystyki dotyczącej czytelnictwa corocznego. Co jednak z resztą? Ponad 50% ankietowanych przyznaje, że książki budziły ich zainteresowanie jedynie w trakcie edukacji, choć zainteresowanie może być tutaj złym słowem. Sięgali po nie z konieczności, tylko po to, aby następnie odrzucić je do lamusa, nieraz uznając literaturę za "stratę czasu"

Skąd jednak cały ten problem?

Z samych badań nasuwa się jeden wniosek - zazwyczaj to czytelnicy wychowują czytelników. Nie bez znaczenia pozostają również wzorce ukazywane nam przez media i kulturę masową. Przez Polskę w ostatnich wiekach przetoczyła się niejedna zawierucha, nie oszczędzając przy tym księgozbiorów, wśród wielu rodzin wykorzeniając w ten sposób nawyk czytelnictwa. Domowe biblioteczki przekazywane z dziada pradziada przepadły, a obraz "dziadka z księgozbiorem" zniknął z mentalności społecznej. Została po nim tylko biała plama.

Doświadczenie PRL-u również zrobiło swoje, często oferując marnej jakości "literaturę piękną", która nasączona socrealizmem i propagandą dla wielu stała się po prostu odrzucająca. Pokolenia czytelników wymierają i ustępują miejsca tym, wśród których ich ziarno nie obrodziło aż tak licznie. Na ironię mamy o wiele większe możliwości w tej materii (łatwiejszy dostęp do książek) aniżeli nasi przodkowie, którzy z reguły z przyjemnością zanurzali się w lekturze. 

Pochylmy się jeszcze nad nieszczęsnym zjawiskiem zwanym "mass media" i zadajmy sobie kilka pytań na jego temat. Jacy bohaterowie serialów czytają książki? Jak często ten motyw przeplata się w kinematografii czy w radiu? Czy widać, chociażby ukrytą, reklamę nawyków literackich w dziełach masowych? Na to odpowiedzcie sobie już sam. 

Miłość do książek zaszczepiła we mnie rodzina - zaczynając od mamy,  a na kuzynostwie kończąc. Myślę, że nieustannie rosnące zbiory literatury pięknej (i nie tylko) w naszych domach to powód do dumy. Mowa tu o czymś więcej niż o dziełach świeżo wydrukowanych i sprowadzonych z księgarni, oszczędzając da się wyłowić prawdziwe perełki również w antykwariatach. Chyba, że to tylko moje szczęście do świetnie wyposażonych łódzkich placówek tego typu, a w taką wersję po prostu nie uwierzę. 

W mojej wyobraźni jeden z kluczowych motywów stanowi ogromna biblioteka z wielometrowymi regałami pnącymi się w górę i ginącymi w ciemności. Panuje w niej półmrok, a ciszę przerywa jedynie szelest papieru do spółki z cichym potrzaskiwaniem żarówek. W powietrzu unosi się zapach starych, wiekowych ksiąg, a cała wiedza jest na wyciągnięcie ręki. Pozostaje ją tylko złapać i przyswoić... 


Zbliżamy się do końca tygodnia lekkiej tematyki oscylującej dookoła kwestii popularnonaukowych, dlatego dziś postanowiłem wziąć pod lupę kwestię najbardziej sztandarową. 

Co przychodzi nam na myśl kiedy mówimy "wszechświat'? Dla wielu to po prostu nieboskłon pełen gwiazd, inni pomyślą o swoim życiu, ukochanych zakątkach na naszej planecie. Spora grupa jednak skieruje się nie tylko w stronę gwiazd, ale i jednoznacznie ku nim. Być może zaczynając od najbliższego nam Słońca, aby następnie prędko przeskoczyć do Alfa Centauri, a ostatecznie zanurzyć się w wymyślnych wizjach gromad galaktycznych. Myślę, że niezależnie od wierzeń jest to dla człowieka obraz piękny i majestatyczny, choć tak niedościgniony. 

Błękitny gigant - rodzaj gwiazdy
Jednakże w jakim stopniu zdajemy sobie sprawę z różnorodności naszego uniwersum? Majestatyczne błękitne giganty, kwazary, gwiazdotwórcze gromady pyłów. Dzieło kreacji wciąż trwa, cykl życia i śmierci toczy się nieustannie. Część gwiazd umiera w atmosferze patosu, wybuchając w rozbłysku o niewyobrażalnej jasności i sile, po to by dać życie innym gwiazdom, ale i niebezpieczeństwom. Rodzą się czarne dziury, twory tak łakome i ciężkie, że zapadające się w sobie. Nawet światło nie jest w stanie uciec potędze ich grawitacji, a apetyt rośnie w miarę jedzenia. Mordercze dla człowieka promieniowanie jest wszechobecne, acz w całym tym gąszczu negatywów są i kolejne plusy. Nie tylko Układ Słoneczny, w którym żyjemy, posiada planety. Już na dzień dzisiejszy jesteśmy w stanie stwierdzić, że nie tylko na Ziemi istnieją warunki aby powstało życie zbliżone do naszego. Czy tak zaawansowane? Kto wie. Póki co spoglądamy w kierunku tych miejsc z wytęsknieniem doglądając możliwości odnalezienia drugiego domu, zabezpieczenia swojego dziedzictwa przed własną destruktywnością, jak i niebezpieczeństwami kosmosu. 

Kwazar - galaktyka z aktywną super-masywną czarną dziurą
Jednak nawet najbardziej przerażające i niszczycielskie z mocy mają tu swoje zastosowanie. W centrum każdej galaktyki, bez wyjątku dla Drogi Mlecznej, znajduje się super-masywna czarna dziura, która to gromadzi dookoła siebie układy gwiezdne i kreuje te ogromne twory składające się z miliardów sióstr naszego Słońca. Entropia miesza się tutaj z idealnym porządkiem, wszystko zdaje się mieć swój cel w całej tej nieprzewidywalności.


Czasem żałuję, że urodziłem się zbyt wcześnie, aby móc sięgnąć gwiazd.

Droga Mleczna, nasz dom. 

Skalałem dziś rozpiskę w ramach "domknięcia" tego specyficznego tygodnia. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone, a wy docenicie piękno tego, co poza naszym zasięgiem. Miejmy nadzieję, że ludzki pociąg do destrukcji nie odbierze naszym potomkom możliwości sięgnięcia ku gwiazdom. A póki co dbajmy o swą Matkę Ziemię, tylko ona jest w stanie zagwarantować nam przetrwanie. 

A gwiazdy pewnie nieraz jeszcze zagoszczą na tym blogu.
Świat, a w szczególności Polska, nie próżnował w tym tygodniu na moje nieszczęście! Smakowitego materiału jest tak wiele, że ciężko coś wybrać w ramach zachowań obiektywnych, dlatego skupmy się na smakołykach indywidualnych, odautorskich. Prasówkę 2-7.05 czas rozpocząć!

Dojrzałość dopadła maturzystów

Źródło: zsw5.jaworzno.pl
Jest taki dzień w życiu każdego ucznia szkoły średniej do którego dla  wielu prowadzi wyboista ścieżka pełna bezlitosnego, belferskiego terroru. Czasem przebędą ją wszyscy, w nielicznych przypadkach tylko garstka, w końcu statystyka musi się zgadzać. Miesiące wkuwania schematów i porzucania inwencji twórczej mogą się wreszcie na coś przydać. Ten wielki dzień nastał 4 maja, strach pielęgnowany w sercach tak wielu uczniów wreszcie może zebrać swe żniwo. Ciekawe kiedy kadra nauczy się, że mowa tu o emocji zmniejszającej efektywność? Jakby ten egzamin nie był już dość zużytym tworem, czystą formalnością, przez którą i tak przepuszcza się prawie każdego. W moich oczach reprezentuje sobą prawie tyle, co nic. Więc po co tu straszyć i terroryzować? Może lepiej zająć się błędami MEN, a następnie skupić na kreowaniu atrakcyjnej oferty edukacyjnej, która zainteresuje uczniów?

Postkomuniści są wśród nas

Źródło: newsweek.pl
Zdaniem wicepremiera Piotra Glińskiego lider .Nowoczesnej, Ryszard Petru, to wykapany postkomunista. Zainspirowała go zapewne niezastąpiona Dorota Kania ze swym artykułem w Gazecie Polskiej, w którym stwierdziła, iż  w przypadku Petru mowa o wychowanku GRU. W końcu fakt, że znalazł się on z rodzicami na wycieczce w radzieckiej elektrowni atomowej to wystarczający dowód jak i powód, tak przeprowadzało się rekrutację. Trzeba przyznać, że to całkiem imponujące wyniki jak na kogoś, kto w '89 kończył 17 rok życia. Banksterom da się zarzucić wiele przez sam fakt bycia banksterami, jak widać jednak dzisiejsza władza do spółki ze swymi mediami woli popadać w historyczną śmieszność. Innymi słowy nic się nie zmieniło i, zapewne, nie zmieni. 

Muzułmanin nowym burmistrzem Londynu

Źródło: telegraph.co.uk
Sadiq Khan będący reprezentantem Partii Pracy został nie dość, że nowym burmistrzem Londynu to jeszcze uzyskał rekordową w UK ilość głosów oddaną na mandat dla pojedynczego polityka. Nie da się ukryć, że 1,3 miliona głosów to imponująca liczba. Jak widać stereotyp związany z religią niekoniecznie musi determinować osobowość człowieka, a pan Sadiq być może zostać światłym przykładem zwalczającym uprzedzenia za pomocą swej postawy. Jest to pierwszy muzułmanin, który obejmuje taką funkcję  w jednej z europejskich stolic. Zanim ktoś rzuci się mi do gardła i stwierdzi, że wyznawcy Islamu opanowali Londyn, a przy okazji uzna to jeszcze za symbol upadku Wielkiej Brytanii - hej, mowa tu tylko o 13% ludności tej metropolii! Swą drogą warto się pochylić również nad losem polskiego księcia Jana Żylińskiego, który uzyskując poniżej 1% głosów znalazł się przedostatni na liście kandydatów. Jak widać nie uwierzyli w niego nawet rodacy.

Apolityczny KOD politycznym KOD-em

Źródło: interia.pl
Stało się, proszę państwa, nasz ulubiony ruch społeczny coraz bliżej polityki, coraz bliżej, jednocześnie wystrzegając się tego jak ognia w swych wypowiedziach. Komitet Obrony Demokracji zaprosił wszystkie partie opozycyjne do tworzenia koalicji "Wolność, równość i demokracja", aktualna lista członków jest dość imponująca - Nowoczesna, PSL, Inicjatywa Polska, SLD, Zieloni, Partia Demokratyczna, Stronnictwo Demokratyczne. Platforma Obywatelska wystosowała delegaturę, choć nadal oficjalnie nie dołączyła do przedsięwzięcia. Teraz pozostaje im namaścić Mateusza Kijowskiego (a przy poziomie rozsądku ich aktualnych decyzji to bardzo prawdopodobny scenariusz) na kandydata na prezydenta i do reszty diabli wezmą ich sukces społeczny, ot, historia mało zaskakująca i bez polotu. 

Korporacjonizm puka do drzwi

Źródło: swiecicki.blog.onet.pl
Mam wrażenie, że w Polsce kwestia Transatlantyckiego Układu o Wspieraniu Handlu i Inwestycji (TTIP) przechodzi bez najmniejszego echa z powodu koncentracji na naszych własnych problemach, podziałach. To zły objaw. Sam fakt negocjacji za zamkniętymi drzwiami, w tajemnicy przed publiką, daje do myślenia, a wycieki, które otrzymujemy są niepokojące. "Wielki biznes" kontra Komisja Europejska i Biały Dom, choć ten drugi ciężko uznać, w ostatecznym rozrachunku, za sojusznika UE. Uprzywilejowanie pozycji korporacji względem jej negocjacji z państwem, ciąg dalszy pogwałcania i uszczuplania praw pracownika, a wszystko po to, by kapitałowi prywatnemu (zaoceanicznemu) żyło się lepiej! Dodajmy presję w kwestii obniżania jakości produktów rolnych, czyli koniec z restrykcjami co do sposobu hodowli czy w kwestii środków chemicznych wspierających uprawę. Liczy się pieniądz, nie zdrowie konsumenta. TTIP wcale nie maluje się jako zjawisko groźne, nieprawdaż?

Myślę, że na tym mogę skończyć dzisiejszą prasówkę. Wypadałoby coś jeszcze napisać na temat 7-majowego marszu, acz aktualnie oczekujemy jego rozpoczęcia. Oglądalność TVP... Ech, TVP, w tej kwestii nie ma nawet o czym pisać. Przejdźmy więc do podsumowania,

Podsumowując! 


Ryszard Petru jest więc muzułmaninem-komunistą na usługach wywiadu USA, który podstępem przejął władze w Londynie używając do tego swych korporacyjnych koneksji i TTIP, a do tego na oczach wszystkich zawiązał autorytarną koalicję opozycyjną z demokracją w nazwie. Po tym wszystkim, jednak, spokojnie udał się do swojej szkoły w celu napisania egzaminu maturalnego z języka polskiego, wedle relacji świadków wyglądał na śmiertelnie przerażonego widokiem słów "Dziady. Część IV".


Dzisiejsza notka jest powiązana z zeszłotygodniową (klik! dla tych, którzy jej nie czytali) i jest jej swoistą kontynuacją. 

Skoro zapoznaliśmy się już z frommowską nomenklaturą dobra i zła to możemy przejść do kwestii wolnej woli. Czym maluje się ona w przypadku konfliktu pomiędzy rozwojem a regresją? 

Ludzie tłumaczą sobie jej znaczenie na różnorakie sposoby, dość łatwo popadając w paradoksy, szczególnie jeśli mowa tu o osobach wierzących. Posłużę się tutaj ich perspektywą ze względu na jej przystępność. Zastanówmy się w jaki sposób wszechwiedzący i wszechmogący Bóg pozwala człowiekowi posiadać wolną wolę? Odpowiedź jest prostym pytaniem - może on znać losy swego dzieła, ale czy musi? 

Jednakże czym jest sama wolna wola dla istoty ludzkiej? Wedle wielu aktem podejmowania decyzji zdeterminowanych, czyli przeczących istnieniu takowej. W tym przypadku mowa o perspektywie często przyjmowanej przez ewolucjonistów, w sercach których króluje determinizm. Dlaczego jemy? Ponieważ odczuwamy głód. Dlaczego akurat jabłko? Kwestia determinanty biologicznej. Dlaczego uciekamy? Czujemy zagrożenie, tak nakazuje nam mechanizm. Na szczęście całość nie sprowadza się tylko i wyłącznie do tego, mowa tu jedynie o powierzchni, pozostaje jeszcze głębia.

Wolna wola nie jest więc aktem decyzji samej w sobie lecz świadomością takowej. Potrzebujemy tutaj definicji "dobra" oraz "zła" przedstawionych w poprzedni piątek, ponieważ to one stanowią o naszych możliwościach. Nie liczy się fakt wyboru, kluczem jest tutaj świadomość jego konsekwencji dla naszego życia. Bezrefleksyjne opowiadanie się za jedną opcji świadczy o braku wolnej woli, a świadomość jej długofalowych (w miarę możliwości) skutków dla nas, naszego życia, otoczenia kreuje jej realną definicję. Decyzje niosą za sobą znamiona, każda w jakimś stopniu pcha nas ku regresji bądź progresji. Musimy zdawać sobie z tego sprawę, aby z czystym sumieniem nazywać siebie istotami wolnymi.

Niestety, jest też pewien haczyk. Czym dłużej trwamy na jednej ze ścieżek, czym więcej decyzji w ramach takowej podejmujemy, tym ciężej jest nam z niej zawrócić, wkroczyć na drogą antagonistyczną do aktualnej. Aż w końcu, po wielu latach, przekraczamy linię, za którą nie ma już odwrotu. Brakuje nam czasu by to odmienić.

Warto mieć świadomość, warto być ciekawym świata i korzystać ze swego przywileju.

Michał Anioł "Stworzenie Adama"



Mam wrażenie, że i dzisiejszy temat będzie dość wtorkowy, jednakże zadręcza mnie od tylu miesięcy, nieustannie wracając, że wykorzystam ku temu czwartek.

Dlaczego dla wielu to takie pociągające?

Twierdzą, że pragną "fejmu", bliżej nieokreślonego i niezdefiniowanego tworu, na którego zdobycie niektórym szczęśliwcom pozwala internet. Z czego on im przychodzi? Ujęcie tego w słowach nie jest łatwe, za odpowiednikiem "sławy" powinny przecież stać konkretne, skomplikowane mechanizmy, a okazuje się, że wystarczy użyte tu już raz "szczęście" z ewentualnym dodatkiem "trafienia w niszę" i trach, mamy sławę godną ask.fm czy instagrama! Często nie potrzeba nawet wytrawnej twórczości, wystarczy być a splendor idola spłynie natychmiast. 

Co kieruje, natomiast, "konsumentami" tego wątpliwego towaru? W większości przypadków nietypowy styl bądź wygląd obiektu zachwytu, choć, jak już wspominałem, zjawisko to mi umyka. Czy jest w tym coś więcej? Myślę, że mowa tu głównie o nielicznych przypadkach. Czasem znalazł się jakiś domorosły twórca, wtedy zaczynało to mieć jakiekolwiek podstawy. Mam wrażenie, że większość z nich jest po prostu nieznośnie podobna i cyniczna, a zarazem nieświadoma otaczającej ich rzeczywistości, żyjąca we własnej, niekoniecznie zdrowej kreacji. 

Jakkolwiek mowa tu o wpływie zgubnym dla wielu młodych dusz to z czasem z tego wyrastają, pianie peanów odnajduje swój koniec, wypala się to, co widziało się w danej istocie. A potem, jak grzyby po deszczu, wyrastają nowi i nowi, zmieniają się i "sławni" jak i ich "konsumenci." Zjawisko wieku informacji, z którym trzeba się pogodzić, można co najwyżej przyglądać mu się z zaintrygowaniem i, być może, kiedyś wreszcie zrozumieć. 

Bardziej naiwne za to wydają mi się istoty, które swą pogoń za pieniądzem zwieńczają na YouTube czy w środowisku blogosfery. Bezideowo wbijają się w to, dość zatłoczone, środowisko i epatują jedynie swoim celem, nawet nie skupiając się na jakości produkcji (żeby nie być gołosłownym przykład kolejnego, nudnego let's playa, w którym autor nie zadbał nawet o to, by było go dobrze słychać), a po prostu tworząc byle co dla samej "męczarni" twórczej w ich przypadku. Bo co to za przyjemność, skoro twórca nawet nie jest w stanie pochylić się nad własnym dziełem, na którym najwidoczniej mu nie zależy? Liczy się cel, co z tego, że środki zbyt marne. 

Swą drogą, już osobiście i wprost do bólu mówiąc, jeśli ktoś nie prowadzi dobrego i konkretnego bloga o sprecyzowanej  tematyce trafiającej w koryto rzeki głównego nurtu, a robi to jedynie dla wizji zostania drugą Katarzyną Tusk (swego czasu media żartowały, że zarabia na blogu więcej niż jej ojciec premier) to autor zaczyna się wydawać, popełniając wszystkie wymienione tu grzechy, istotą naiwną, o ile nie obłąkaną. Nie mówię, że jest to niemożliwe, jednakże symptomy wypalenia się będą prędkie, a samo czytanie nie należy do najpopularniejszych w naszym społeczeństwie. Jeśli chcemy trafić w gust czytelników to wymagane jest chociaż minimum dbałości o tworzone przez nas teksty, aczkolwiek i tu moja staroświeckość przysłania mi właściwy obraz sytuacji, więc nie obrażę się za oświecenie czy zwyczajną dyskusję.

Źródło: online-learning.harvard.edu

Akt kreacji jest rzeczą piękną, sprzyja rozwojowi naszych talentów i sam w sobie pochwalam, dopóki służy to pracy nad sobą samym. Jeśli jednak robimy to na siłę, bezrefleksyjnie, nawet nie doszukując się własnych błędów (w tej sytuacji wizja poprawiania jakichkolwiek brzmi jak mrzonka) to najpewniej mija się to z celem do czasu, aż dostrzeżemy swoje przewinienia i zechcemy je naprawić. Pogoń za pieniądzem nie prowadzi do szczęścia, choć niezaprzeczalnie są one potrzebne, to wyniszczają, gdy przyjmą rolę motywacji przewodniej. Blog czy kanał na YouTube to nie ask.fm (swą drogą miejsce raczej niedochodowe, z naciskiem na raczej). 

Na sam koniec zmienię temat. Stworzyłem małą ankietę dotyczącą kwestii społeczno-ekonomiczno-politycznych i planuję wykorzystać jej wyniki do napisania w przyszłości co najmniej "porządnej" notatki wtorkowej, a być może artykułu, który spróbuję podesłać mediom (choć to idea z kategorii naiwnych). Adresowana jest głównie, choć nie tylko, do ludzi urodzonych w latach 1987-2001. W momencie osiągnięcia progu reprezentatywności zostanie zamknięta, a po opracowaniu wyników udostępnię statystykę.

Jeśli jesteś istotą zainteresowaną kliknij na ten napis!



Otacza nas ciemność, krążymy w świecie wielobarwnych, strzelistych strun. Miejscem tym z pozoru nie rządzą żadne zasady, najczystszy chaos, pierwotna entropia. Mimo to czujemy się zaintrygowani i nim się orientujemy mimowolnie przekraczamy jeden z nowo-powstałych łuków triumfalnych. A może po prostu przeszył nasze ciało w trakcie narodzin, początkowo niezauważony, tak czuły i delikatny w swych pieszczotach?

Wtedy trafiamy do zupełnie innego miejsca, poznajemy historię świata wśród słów i dźwięków, przytłacza nas potęga chórów, dźwięk potęgi trąb dudniąc przeszywa całą okolicę. Mroźny szczyt, na którym się znajdujemy, dodaje kolejnej szczypty patosu temu quasi-operowym spektaklowi. Nie znając języka rozpoznajemy motywy "Księgi Rodzaju" kłębiące się u podnóża, już chcemy się pochylić, rozpocząć żmudną wędrówkę ku scenerii, jednak płyniemy dalej.

Dźwięk lutni młodzieńca zdaje się mieć potęgę zdolną skruszyć najtwardsze z serc, łzy same lgną do oczu, a po chwili jesteśmy już w stanie poczuć ich słonawy smak wymieszany z goryczą historii mknącej przed naszymi oczyma. 

Kochali się, lecz nie mieli aprobaty rodzin, tchnięci romantyzmem uciekli, postawili wszystko na jedną kartę, postawili na siebie. Uciekali w burzy. Zgubili się i dopadli ich banici. Nie dał rady jej obronić. Zginęła tak okrutnie. Do dziś nawiedza go w snach. Nie potrafi mu wybaczyć. Prześladuje go jej spojrzenie. Zimne. Martwe. Pełne przerażenia. 

Zdawało się, że struny lada moment pękną, nie mogąc znieść dłużej tych wszystkich emocji, przyjmując i oddając je z taką wiernością, że aż chcąc zjednoczyć się w duchu ze swym panem. Chcemy go pocieszać przez łzy, jednak płyniemy dalej. 

Znajdujemy się na środku ulicy osaczeni przez smugi światła mknące w okół nas. Czujemy się tacy mali, niezauważeni, pisk kół, warkot silników. Cały świat pędzi przed siebie, a my stoimy w środku tej metropolii. Jest nam tak zimno, czas mija, a my wreszcie orientujemy się, że nie jesteśmy sami. Otaczają nas oni. Odrzuceni przez społeczeństwo, biedni i schorowani, zaniedbani. Odebrano im nadzieję, odarto ich z marzeń i porzucono na pastwę losu, ponieważ mieli gorszy start. Ponieważ nie potrafili sobie poradzić. Tylko artysta o nich pamięta, ze smutkiem w głosie ukazując ten obraz.

Źródło: inspirefirst.com


Muzyka jest piękna, gdyż nawet w największej, popkulturowej papce skrywa niezgłębione pokłady potencjału i refleksji, a przy okazji lekarstwa duszy. Nieodłącznie jest też związana z poezją, o której miałem okazję pisać tydzień temu, a mimo to i bez jej towarzystwa posiada moc kreowania światów, nieraz większą niż obraz czy litera, do których tak przywykliśmy. A co dopiero, gdy połączymy te formy w jeden twór?



Żyjemy w dobie wariackiej nienawiści, niesnasek i podziałów. Odkąd historia pamięta tylko kryzysy potrafiły nas jednoczyć, a z każdym kryzysem spadał poziom wzajemnego zaufania. Oddaliliśmy się od siebie jako naród, ludzie. Pytanie tylko dlaczego?

Jest to pytanie trapiące od lat, geneza całej sytuacji, stanu. Być może korzeni należy doszukiwać się w nieuczciwym podziale społecznym, tak długim uciskaniu dawnego chłopstwa, ot, pańszczyźniana stęchlizna pogłębiona tylko łaską PRL-u, który "wyzwoleńcy" potrafili wspominać dość miło. Wpływ ten jest niezaprzeczalny, jednak zbyt płytki, by grać tutaj główne skrzypce.

Era rozbiorów, era zaborów, czasy mroczne i nieprzyjemne. Wtedy wśród Polaków szły równe linie podziału pomiędzy regresją a progresem, pomiędzy utrzymaniem złej tradycji a zniesieniem jej. Następnie pojawiły się kłótnie o formę, początkowo mowa była o powstaniu narodowym, część jednak chciała pracować w ramach ładu zaborczego i tworzyć struktury autonomiczne. Wrzawa o zdradę do dziś modna jest w literaturze z tamtego okresu, a osąd historyczny równie ciężki. Jednak o czym my tu dyskutujemy? O ideach 10% społeczeństwa, które w tym czasie niezwykle się wykruszało? Czy "naród" tworzy dziś tylko szlachta, tak w sobie wtedy zadufana?

Chichot historii sprawił, że przejęto wiele z wad warcholstwa, utrwaliły się one poza krwią błękitną dzięki edukacji, literaturze. Miło czcić własną historię, niestety ludzi nie uświadamia się jak wyglądała ówczesna rzeczywistość, wygodniej pozwolić im wczuć się w piękną "10" bez iskry zwątpienia twierdzić, że taki byłby ich los. Wtedy wyrosły setki.

Potem przyszli pozytywiści, słynna "praca u podstaw" od której to dopiero można zacząć mówić o kreowaniu się na dużą skalę prawdziwej świadomości narodowej. Co poszło jednak nie tak w tych burzliwych czasach? A może wiele należy zrzucić na karb II Rzeczypospolitej, tworu tak specyficznego, wciąż nieuczciwego wobec najliczniejszych swych obywateli? Gdzieś tam pomiędzy umyka nam jeszcze, w całym kulcie martyrologii powstańczej, rewolta robotnicza o prawa proletariatu, rok 1905 to ledwie wzmianka, zapomniana, za mało "narodowa" by przedstawiała wartość historyczną. Tak jak gdyby to nie ludzie tworzyli ten kraj, tę społeczność.

Nie chcę wchodzić na sprawy współczesne, jak i cofać się do wczesnego średniowiecza, w swych rozważaniach. Zarys genezy jest tutaj niezwykle ważny, ale nie taki dzisiejszy przekaz maluję, chodziło o minimum świadomości aktualnej sytuacji i naiwny przekaz.

Czy warto waśnić się tak z najbliższymi kulturą, językiem, wspólnym kontekstem? Tak podobni, a tak różni. O ile przyjemniejszy żywot wiedlibyśmy, gdybyśmy zechcieli zapomnieć o urazach, niesnaskach, patrzyli na to jakimi ludźmi jesteśmy, a nie jakie postawy reprezentujemy, patrząc "wprzód" a nie "wstecz". Za mało w nas ludzi, za wiele nienawiści. Czyjś sukces powodem do sąsiedzkiej zawiści, co przekłada się na niesnaski w pracy, karygodną relację szef-pracownik. Popadamy w paranoję, coraz bardziej wypaleni, wyniszczeni psychicznie otaczającą nas rzeczywistością.

Wraca w tym apel o uśmiech, wraca w tym nadzieja na szczerą życzliwość. Bądźmy zdrowi, szanujmy się nawzajem, bo czy naprawdę powinny nas dzielić polityka, niesnaski, wyznanie, poglądy, gdy pozostajemy dobrymi ludźmi?

Starajmy się dostrzegać drugiego człowieka.

Jan Piotr Norblin "Wieszanie zdrajców"