Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Źródło: spiralmagus.deviantart.com

MAŁY FRAGMENT PISANEGO PRZEZE MNIE OPOWIADANIA Z OKAZJI ŚWIĘTA, KONTYNUACJA "PRZYPADKU PAULA RYTTERSINA" ZA TYDZIEŃ



Mimo miejskiej wrzawy i hałasów dnia codziennego Aldoria uchodziła za miejsce stosunkowo spokojne. W efekcie wszelakiego typu zakłócenia tego stanu rzeczy od razu głośno rozchodziły się wśród mieszkańców. A ten słoneczny dzień stanowczo pozostanie na długo w ich pamięci. „Karczma pod Smoczym Jajem” ceniła sobie renomę oazy spokoju z „ludowej jakości trunkami”, powszechnie znanymi jako szczyny, dlatego była tawerną lubianą. Ku narzekaniu kapłanów Wiecznego Juliusa uchodziła za miejsce czci i kultu wagi być może wyższej, niż miejscowa świątynia. 

Tamtego południa spokój zakłócił huk, który dobiegł z jej wnętrza sprawiając, że cała ulica zastygła w ciszy przerywanej pojedynczymi przekleństwami kupców, którzy pragnęli jak najprędzej ruszyć dalej. Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem, a czarny płaszcz z błękitnymi szyciami na brzegach był pierwszą rzeczą, którą dało się ujrzeć w ich miejscu. Podchodzący pod sędziwy wiek mag wycofywał się powoli z budynku z czarną laską skierowaną przed siebie pod kątem prostym. Zmarszczone w wyrazie gniewu brwi nie wróżyły za dobrze. Minęło raptem kilka sekund, a z wnętrza budynku dobyły się wrzask wściekłości, w ślad za magusem wyskoczył dwumetrowy dryblas. Już miał mu wyrwać kostur z ręki, już przygotowywał się do zamachu pięścią, gdy nagle odleciał w tył z ogromną prędkością, sądząc po dźwiękach uderzając w kilka osób po drodze, by ostatecznie wylądować na stole. Podmuch powietrza wywołany przez zaklęcie wzniósł w powietrze tuman kurzu, nawet szpiczasta bródka i obwisły wąs rudowłosego czaromiota drgnęły delikatnie. Razem ze stukotem laski, uderzającej dolną częścią o podłoże, w przechodniów na nowo wstąpiło życie. Ruszyli dalej, jak gdyby nigdy nic, a wrzawa życia powróciła do normy. 

- Uwielbiasz wejścia z hukiem, mistrzu. - z tłumu wyłonił się młody brunet w prostej, czerwonej szacie przepasanej czarną liną, wyraźnie zadowolony z lekka kąśliwego komentarza, który dopiero co rzucił.
- Trochę powagi, Feliksie. Tutejszy plebs musi nauczyć się szacunku do ambasadorów Cesarstwa, a jeśli nie chcą słuchać, cóż... - na pomarszczonej twarzy rudego pojawił się delikatny półuśmiech, a towarzyszył mu ponaglający gest wobec towarzysza. Ruszyli w stronę centrum, starając się przy tym wmieszać w tłum.
- Udało ci się wykraść księgi z prywatnego zbioru tego... Jak było temu oberżyście... A, tak, tak, Bill, a więc z prywatnego zbioru Billa?
- Jak widać zdążyłem nawet świetnie się bawić jako widz wrzawy, którą urządzał Wielki Ambasador Imperium Kantharu Hollav Cain!
- Zapomniałeś o połowie moich tytułów! - prychnął teatralnie oburzony „staruszek”.
- Czasem podziwiam dyplomatów i dworzan, którzy za konieczne uznają zapamiętanie tego steku bzdur. Księgi są już u mości pana Lavatieu. Z ciekawości czy to naprawdę były wszystkie twoje tytuły, mistrzu?
- Żartujesz? Myślisz, że miałem pół dnia na wymienianie ich? Miałem zirytować, a nie zanudzić na śmierć karczmarza i jego biedną klientelę.
- Tak myślałem.

Szli wąskimi, zatłoczonymi ulicami miasta portowego, a wszechogarniający brud i fetor był nieznośny. Od typowej „barbarzyńskiej” mieściny różnił ją chyba tylko ten odrażający smród gnijących ryb, które uliczni handlarze oferowali każdemu praktycznie co krok. Ciężko jednak było stwierdzić niezadowolenie patrząc na twarze tych dwóch, groteskowych wręcz na tle otoczenia, postaci. Mag w starannie haftowanym, jedwabnym stroju ze złotymi zdobieniami stanowczo rzucał się w oczy, a sam jego kostur można było uznać za drogocenne dzieło sztuki. Jego uczeń, choć o wiele skromniej ubrany, nadal posiadał złoty amulet zawieszony na szyi, wyłożony kamieniami, których błysk sam w sobie mógł sprowokować niejednego do próby rabunku, gdyby nie respekt, który budzili. 

Ludzie szeptali między sobą na ich temat, gdy ci przechodzili obok, myśląc, że pozostaje to niezauważone. Zaczynając od naiwnych zachwytów, w końcu to prawdopodobnie pierwsze persony tej skali, które spotkali w życiu, przez obawy dotyczące ich bezbożnych praktyk, a na spluwaniu kończąc. Imperium Kantharu prowadziło dość zaborczą politykę, nie dało się ukryć, a wiele praktyk tego tworu zarządzanego przez radę magów traktowano jako okrutne i nieludzkie, włącznie z traktowaniem osób bez talentów magicznych jak obiektów eksperymentalnych. A przynajmniej takie chodziły tutaj przezabawne plotki odkąd gruchnęła wieść, że najbogatszy z miejscowych kupców ambasadora z samego Imperium sprowadził. Miejscowi prędko dorobili czarną legendę temu wydarzeniu spodziewając się suszy, upadku ekonomii i gniewu bożego. 

Hollav z Feliksem we względnym spokoju przekroczyli bramy miejskie, nie wzbudzając przy tym zainteresowania pochrapującego na warcie strażnika miejskiego. Za mostem, na obszarze przedmieścia, czekał na nich Dario Lavatieu w asyście kilku wojaków i swojej małej świty, prędko ruszając im naprzeciw. Skłonili się sobie wzajemnie, wymieniając przy tym wszelakie, konieczne uprzejmości. 

- Ambasadorze, jeszcze raz podkreślę jaki to dla mnie zaszczyt, że zgodziła się szanowna Ekscelencja mnie wspierać... - w tym momencie Cain przerwał mężczyźnie gestem.
- Szanowny panie Lavatieu, po co te wszystkie formalności! Jesteśmy z dala od granic Imperium, naprawdę proszę sobie darować zanim popadniemy w śmieszność.
Słysząc to blondyn uśmiechnął się odrobinę i wyprostował, zubożając drugi ukłon, który serwował swojemu gościowi. Chrzęszcząca kolczuga niewdzięcznie wygniotła czerwona togę, którą na nią narzucił. W efekcie kupiec wręcz odruchowo pogładził ją, jakby starając się zamaskować mankamenty. 
- Doceniam to pan... Doceniam to Hollavie. Jak i fakt, że zastąpiłeś moich ludzi przy tej drobnej... Pożyczce.
- Wiedza zgromadzona w tych księgach może okazać się bezcenna dla naszych poszukiwań, poza tym powiedzmy, że doliczam je do twojego rachunku. Nie można pozwolić, by tak wiekowe grimuary, które jako jedyne opisują wiedzę doczesnych na temat zamieszkujących te ziemie cywilizacji, tkwiły w dłoniach oberżysty na peryferiach znanego świata.
- Uczciwy układ. - mruknął, nie ukrywając przy tym skrzywienia na twarzy – Pozwolicie, panowie, że przedstawię wam resztę towarzyszy broni nim wyruszymy?
- Ależ oczywiście! 

Hollav z ukosa spojrzał na Feliksa i skinął mu, kierując się razem z Dario ku reszcie dość barwnej grupy. Rzuciła mu się w oczy dwójka krasnoludów, głównie z powodu skrajnego kontrastu pomiędzy nimi. Bujna, brązowa broda należała do okutego w pancerz płytowy i uzbrojonego aż po zęby jegomościa, natomiast dwa, siwe warkocze splecione z zapewne bardziej imponującego zarostu, posiadał wrzeszczący na trójkę ludzi kwatermistrz wyprawy (zdawałoby się po jego zainteresowaniu pakunkami i nieustannie trzymanymi w dłoni papierami, które towarzyszyły „motywacji” pracowników). Nim zdążył przeanalizować resztę towarzystwa, Dario już zaczął kolejno przedstawiać mu całą resztę. Wpierw wskazał na trójkę poganianych, wymieniając z imienia tylko podstarzałego krasnoluda Thursgana zgodnie z przewidywaniem odpowiadającego za zaopatrzenie wyprawy. Dalej uwaga przeszła na czterech, rosłych chłopa w czarnych pancerzach płytowych. Uzbrojony w claymore John, kusznik Mark z toporkiem za pasem, Steven przypominający archetyp rycerza preferującego tarczę herbową i miecz oraz Carl wtórujący swymi upodobaniami poprzednikowi. Na ironię żaden z nich herbu nie posiadał, choć w swym fachu, jako kompania najemnicza, słynęli ponoć ze skuteczności. 

- Kapitanie Balen, poznajcie proszę... - zwrócił się Dario do brązowobrodego.
- Mości pana Hollava Caina z kurwiarskiego Imperium, poznoje. Och, przeproszom za protakolik! - łysy krasnolud wciął mu się w słowo, ewidentnie zadowolony z okazanej pogardy.
- Po co te nerwy, panie Balen? Przecież swego czasu Kompania Czarnych Stawów starała się o tyle lukratywnych kontraktów z naszym wywiadem! - z uśmiechem odparł magus, a jego milczącego ucznia ewidentnie coś przy tej okazji rozbawiło.
- Po tokiej ocynie naszych kompetencji... A niechżesz otchłań ci pochłoni, ja już wom pokożę naszo jokość i wtedy somi do nos przyjdzieta!
Na czole kupca pojawiły się pierwsze krople potu, a jego zmartwienia zajściem prawdopodobnie uszłoby uwadze tylko i wyłącznie ślepego, niedorozwiniętego niemowlaka. Nim zdążył dojść do słowa imperialny ambasador roześmiał się stosunkowo serdecznie i wyciągnął dłoń do Balena. 
- Miejmy nadzieję, że tak będzie. Może pan liczyć na rękojmie, jeśli naprawdę zostanę przekonany! 
Krasnolud, choć z oporem, to jednak uścisnął jego dłoń, ku konsternacji swoich towarzyszy.
- Ekhm, tak, to skoro panowie się już zdążyli przełamać lody to prosiłbym o szykowania się do wymarszu. Czas nagli, wkrótce południe, sami rozumiecie.

Wyruszyli konno, gdy Słońce górowało na nieboskłonie. Dwunastu jeźdźców z rumakami obładowanymi bagażem – pochód otwierał Mark ze Stevenem, zaraz za nimi Feliks trwając w ożywionej konwersacji z kwatermistrzem Thursganem, Dario Lavatieu z ambasadorem, trójka parobów, a na samym końcu John i Carl razem z Balenem. Prędko wyjechali poza obszar przedmiejski, kierując się traktem w kierunku pobliskiego mostu. Ledwo pożegnali Aldorię, a już przejeżdżali obok pierwszego posterunku wojskowego, będącego prostą, kamienną wieżą obsadzoną małym garnizonem – na horyzoncie roiło się od placówek tego typu. 

- Kapitanie? - odezwał się w końcu John, gdy był pewien, że są wystarczająco daleko od reszty tak, aby nikt nie usłyszał ich rozmowy.
- Czego?
- Ci magowie, mówili tylko o jednym, coraz mniej podoba mi się ten kontrakt.
- Nie tylko jemu, sir. - burknął Carl.
- Ech, psia jucha! A poprawdziłżem wos kiedy na tako misję bez powoda? Mi też się nie podobo, szczególnie, że przysłoli jednego z najwożniejszych urzędasów. Tym bordziej powinniśmy chrunić kyntrahento przed NIEBEZPIECZEŃSTWOMA, rozumita? - mrugnął do nich porozumiewawczo, a ci skinęli po chwili.
- To takich da się w ogóle wynająć, kapitanie?
- No włośnie nie, Carl, psia jucha nie! - podniósł odrobinę głos, jednak szybko się po tym uspokajająca – Tym bordziej te śmierdziele muszą mieć w tym brudny, opłocolny interos. Dopóty nie wjedziem w niezamieszkano dzicz patrzajta na nich, a bydzie dobrze.

Pierwszy posterunek, drugi, trzeci, czwarty, piąty... Feliksa dopadła nieziemska dawka nudy odkąd Thursgan obruszył się słysząc, że w Kantharze za tak prymitywne zabezpieczenie wody w skórzanych bukłakach kwatermistrza czekałoby co najmniej sto batów za narażenie życia pijących. Słyszał, że tereny na tej wyspie należą do niezwykle niebezpiecznych, ale nie spodziewał się aż tak gęstej siatki zabezpieczeń na terenach przylegających do miasta. Chociaż co mogła dać tak prymitywna wieża i ludzcy strażnicy – widok pierwotny, jakże niecodzienny dla wychowanka Wyższego Kolegium Magicznego? Czynnik ludzki był zbyt słaby, aby w pełni podołać zadaniu tej miary, szczególnie nocą.  

W takich chwilach szło zrozumieć dlaczego Imperium, które opanowało sztukę ożywiania konstruktów magicznych, górowało w bojach nad wszystkimi innymi państwami. Choć, niestety, delikatniejsze kwestie nadal wymagały interwencji czynnika ludzkiego, jak ta tutaj. Zapomniana wyspa na skraju świata, przez wywiad podejrzewana o bycie drugim kontynentem, z sekretami dawno upadłych cywilizacji. Kupcy organizujący wyprawy od lat przywozili z jej wnętrza bezcenne relikty przeszłości skrywające znamiona potężnej magii. Nieraz przypłacili za to życiem bądź szaleństwem z powodu silnych zaburzeń magicznych panujących w głębi lądu – anomalie, które powstają w miejscu wielkich katastrof były nieczęsto spotykanymi i odgradzanymi od znanego mu świata terenami. Miewały nieprzyjemne skutki dla istot żywych, od licznych chorób i bóli głowy, poprzez modyfikowanie fauny w swoim pobliżu, rodząc w ten sposób bestie rodem najgorszych koszmarów. A wedle danych wywiadu kantharskiego cały ten region dało się nazwać taką anomalią, która odbiera dostęp do wiedzy mogącej zrewolucjonizować i usprawnić świat. Wszelakie informacje na temat upadłych cywilizacji, które zamieszkiwały ten teren długo przed pojawieniem się pierwszych elfów na Wielkich Ziemiach (uznanych za jedyny, jak dotąd, kontynent), jasno dają do zrozumienia, że daleko przekraczały nawet imperialny poziom zaawansowania magicznego. Od latających pojazdów przez artefakty gromadzące moc zdolną do wzniesienia całych miast w powietrze. 

Na szczęście nikt inny nie miał czasu zwrócić uwagi na ten region. Gdy kantharscy szpiegmistrzowie dotarli do informacji o planowanej wyprawie do najgłębszych skrawków lądu, za odkrytą jak dotąd granicę „przeżywalności”, musieli wysłać tam swoich ludzi. W innym przypadku konieczne byłoby użycie wojsk, zbyt duże koszta, zbyt duże zagrożenie wojną z Koalicją Wschodnią, wciąż stanowiącą realne zagrożenie dla molocha rządzonego przez magokratów. Ludzie dobrani do tak wysokiej wagi misji musieli być doświadczeni na tyle, by dać sobie radę w kiepsko znanym terenie, w którym tylko najbieglejsi mistrzowi sztuk magicznych są w stanie korzystać ze swych talentów – padło na Hollava, który ze wszystkich swych uczniów postanowił dobrać do tej wyprawy właśnie jego. Okazja do życiowego awansu, być może kosztem krwi mistrza, stała przed nim otworem... Póki co musiał się jednak skupić na obserwacjach, miał stać się oczami i uszami czarnoksiężnika w czasie, gdy on zajmie się studiowaniem ksiąg wykradzionych rzekomemu Zakonowi Równowagi. Niech będzie i tak, od zawsze pragnął ujrzeć niesławne skutki anomalii, od zawsze chciał mieć możliwość prowadzenia badań w tej materii, od zawsze...
- A co jest, kuśka, nie tak ze skórą z baranich jelit na ustniku?! - chrapliwy głos kwatermistrza wyrwał go z zadumy.
- Mówiąc po waszemu – niedoczyszczone powodują sraczkę, mości krasnoludzie.
- Jak kto i delikatny to może i powodują – prychnął – Ale jeśli myślicie, że wielmożny Dario by mnie za zapaskudzona wodę z posesji nie pognał, toście głupi!
- Zawsze to jakieś pocieszenie. – westchnął Feliks – Ale i tak ją przegotujcie w przerwie, albo chociaż zamontujcie filtry wzmacnia...
- Fi... Filoco co?! - obruszył się Thursgan jeszcze bardziej.
- Nieważne, w wolnej chwili dajcie się mi tym po prostu zająć. - kolejnemu westchnieniu towarzyszyły pokłady niewyobrażalnego zmęczenia z powodu pracy, która czekała młodego maga przy najbliższym postoju.

Prawie wszyscy rozmawiali, a ich głosy zlewały się w zlepek niezrozumiałym słów. Prawie, bo nie licząc Lavatieu oraz Caina. Czarnoksiężnik analizował pierwszą ze zdobytych ksiąg, za nic mając sobie prowadzenie konia, który i tak wiernie podążał w odpowiednim kierunku. Czuł na sobie ciężkie spojrzenie kupca, który czuł się dość niezręcznie w tej sytuacji, tylko czekał aż nie wytrzyma i w końcu spróbuje do niego zagadać. A to było coraz bliżej i bliżej, i bliżej...
- Są na coś zdatne? - wypalił w końcu.
- Zdatność to delikatnie ujęcie tej kwestii. - prędko odpowiedział Hollav nie odrywając nawet wzroku od księgi.
- To znaczy, mości magu? Jestem tylko prostym człowiekiem interesu, lubię konkrety.
- To znaczy, mości handlarzu... - zaczął, zamykając księgę i przewieszając tomiszcze na srebrnym łańcuchu przyczepionym do jego pasa - ...że czeka nas starcie nie tylko z wynaturzeniami żyjącymi w głębi lądu. Zastanawiam się jak istnienie czegoś takiego mogło umknąć nam wszystkim!
Dario spojrzał na towarzysza, jak nierozumny na nierozumnego, co było wystarczającym znakiem dla rozpoczęcia tłumaczenia. 
- Kochany i szanowany karczmarz Bill to nikt inny, jak z dziada pradziada, powiernik „Zakonu Równowagi”, a przynajmniej taką przynależność określa twórca tych grimuarów. Miejscowi praktycznie od początku byli świadomi tego jak wartościowe przedmioty skrywają w sobie ruiny miast i nekropolie rozlokowane po całej wyspie. Powołali więc tajną organizację, która miała na celu zająć się ochroną tych bogactw przed wpadnięciem w niepowołane dłonie, a wprost mówiąc zabijaniem próbujących je zdobyć. Na temat samej Świątyni Chmur do której zmierzamy wiem aktualnie niewiele, ale biorąc pod uwagę szopkę odstawioną przez nas w mieście to wkrótce powinniśmy spodziewać się gości.
Niepokój znów zamalował się na twarzy szanownego Lavatieu stojąc kontrastem do beztroskiego uśmiechu maga, który wręcz z lekkim rozbawieniem opowiadał mu całą tę historię. Już miał coś krzyknąć, gdy gest Kanthariańczyka go przed tym powstrzymał. 
- Biorąc pod uwagę jak czujny i nieufny wobec mnie jest kapitan Balen to już o wszystkim usłyszał i uwzględni te informacje przyjęte w taktyce obronnej bez zbędnego, panicznego wykładu.
Potwierdzeniem tych informacji było prawdopodobnie siarczyste przekleństwo w krasnoludzkim, które dobiegło zza ich pleców, połączone z kilkoma krzykami brzmiącymi jak nowe rozkazy. Dodając do tego Johna, który puścił się w galop w celu wyprzedzenia całej grupy i nawiązania kontaktu z jej czołową ochroną można było pozbyć się wszelakich wątpliwości. 
- Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej?! - wykrztusił w końcu blondyn, którego emocje nadal nie opuściły.
- Razem z Feliksem postanowiłem rzucić kilka zaklęć ochronnych, które utrudnią pościg potencjalnym rabusiom kręcącym się po tych terenach wbrew propagandzie rady miasta. Nie chcieliśmy niepotrzebnie niepokoić grupy, mamy wszystko pod kontrolą.
Dario zamilkł i nie odzywał się już więcej, choć ani trochę go to nie uspokoiło. Powoli zaczynał podzielać obawy najemników co do intencji magów. Gdy usłyszał, że jego wyprawa zainteresowała Imperium i pozytywnie rozpatrzą jego prośbę o wsparcie wyprawy w zamian za jedną czwartą łupów, którą sami sobie wyselekcjonują, zaczął cieszyć się jak dziecko. W głowie miał golema czy dwa, ot, żelastwo oddane jego woli, ale gdy dowiedział się, że przysyłają wyższej rangi maga... Cała jego nadzieja pozostawała w Kompanii Czarnych Stawów, która nieraz napsuła krwi imperialnym w trakcie wojen. Choć moce, którymi mieli dysponować magowie z Rady Dwunastu, mogą przekroczyć ich doświadczenie. Lepiej mieć nadzieję, że mości Cain nie potwierdzi legend. 

W głowie Hollav dośpiewał sobie resztę odczytanych informacji. Pomijając fakt, że do spisania tego użyli dawno wymarłego staroelfickiego dialektu d'akn, to członkom tego zakonu udało się w jakiś sposób uodpornić na działania anomalii magicznych. Niestety jak dotąd nie znalazł najmniejszego strzępku informacji na temat metod zastosowanych do osiągnięcia tego, nie licząc może faktu, że udało im się to tylko i wyłącznie dzięki analizie dorobku starożytnych. Biorąc pod uwagę poziom konspiracji nie może to być zbyt duża grupa, pytanie tylko czy zdolna zagrać o wszystko w ramach chronienia informacji, które tak skrzętnie wykradła. Raport na ten temat powinien zadowolić resztę Rady Dwunastu, bo udowadniałby tezę wywiadu na temat możliwości uniknięcia negatywnych skutków nadużywania mocy magicznej. Starożytni najwyraźniej posiadali tę wiedzę, choć ostatecznie ich zawiodła. Gdyby poznali te techniki ochronne i mogliby je dopracować, zanim autorytet militarny Imperium zostałby nadwyrężony przez coraz częstsze katastrofy magiczne. Gdyby tylko inne nacje dowiedziały się, że istnieje coś takiego jak „anomalia” mogłoby to mieć katastrofalne skutki dla światowej polityki i doprowadzić do pogromów ludzi uzdolnionych magicznie, a na dodatek Kościół Juliusa miałby idealny powód, aby zwołać krucjatę przeciwko światowej ostoi magii i technologii. O ile propaganda, którą sączą do uszu obywateli, zakłada zmiażdżenie i tak dużej koalicji, to prawda jest o wiele okrutniejsza. Potrząsnął głową, gdy zorientował się, że zamiast skupiać się na misji odpływa w refleksje na temat aktualnej sytuacji geopolitycznej. Powrócił wreszcie do lektury księgi, a ta była niezwykle utrudniona, ponieważ nawet najbieglejszym z językoznawców nigdy nie udało się w pełni odtworzyć staroelfickiego. 

Po godzinie spokojnej jazdy wśród wszechobecnych pól i łąk wyjechali wreszcie ze strefy pod ścisłą kontrolą wojskową. Gdzieniegdzie zaczęły pojawiać się zalążki lasów, gdzieniegdzie wzgórza, a na nich samotna brzoza, strumień. Trawy rosły tu wybitnie bujne i wysokie, aczkolwiek trakt, ewidentnie uczęszczany, istniał dalej. Czasem minęli samotną chatę bądź gospodarstwo nie zwracając szczególnej uwagi ich mieszkańców. Najwyraźniej ci byli już przyzwyczajeni do przejazdów tak barwnych grup, ewentualnie ich świadomość świata ograniczała się do terenów okolicznych, bo czego by więcej wymagać od prostych chłopów bądź myśliwych? Dziw brał, że nadal trwali na tej ojcowiźnie. Dopiero, gdy zaczęło zmierzchać, dojechali na skraj budzącej podziw puszczy. Ogromna i tętniąca życiem, tworzona przez wiekowe drzewa, które zdawały się swoimi bujnymi koronami sięgać chmur. Część z nich zdążyła już pożółknąć, tutejszy okres wegetacji wydawał się być zaburzony w stosunku do reszty tego lądu. Dopiero co udało im się wyjechać z obszarów pochłoniętych przez wiosnę, a tu taka niespodzianka. 

Wojskowi do spółki z parobkami zajęli się rozstawianiem namiotów, po kwadransie można było już mówić o obozie rozbitym na skraju puszczy. Mimo długich i wyraźnych protestów ze strony Marka ostatecznie rozpalono ognisko. W całym tym zamieszaniu wszystkim umknął pewien drobny szczegół – magów już z nimi nie było. W tym czasie Hollav z Feliksem zdążyli przespacerować się w głąb lasu badając ogrom nienaturalnych drzew. Gałęzie tych tworów magii wykręcały się we wszystkie strony, nieraz kreując figury geometryczne. Ot, trójkątne, grube gałęzisko po sąsiedzku z kwadratem bądź innym prostokątem, czasem dało się dostrzec nawet koło. 

- Rzucanie tutaj zaklęć może być bardzo niefortunną ideą – mruknął pod nosem Feliks ewidentnie zażenowany tą sytuacją.
- A teraz, mój drogi, przypomnij sobie lekcję na temat Koncentracji Wojennej i wymieszaj jej doświadczenie z traktatem Sectiusa VII Młodszego, a przy okazji...
- Och, tak, w końcu to takie proste! Dziękuję, mistrzu!
- Nie zapominaj się! – na wiecznie spokojnej i pogodnej twarzy Caina wymalował się gniew – Jesteśmy z dala od nich i jesteś mi winien okazywanie należnego szacunku, nie posiadasz nawet tytułu zaklinacza, niewdzięczny gówniarzu. Jeśli nie jesteś w stanie operować w tych warunkach to równie dobrze możesz przywiązać sobie kamień do szyi i wskoczyć do najbliższej rzeki.
- Tak, mistrzu. Przepraszam za złą ocenę sytuacji, mistrzu... - brunet wzdrygnął się wyraźnie widząc, że prawdziwy charakter jego protektora w końcu wychodzi na wierzch spod tej teatralnej maski.
- Nie jestem w stanie wyczuć źródła tej anomalii, to dziwne, cholernie dziwne. - przerwał w końcu ciszę Hollav – Rozumiem, żeby ktoś tak prymitywny i nieobyty z magią jak ty, ale ja? No właśnie! Reszta tych zgrzybiałych idiotów z Rady nie będzie usatysfakcjonowana takimi informacjami.
Feliks wciąż się nie odzywał, a jego mistrz widząc to pokręcił tylko głową z zażenowaniem. Przystanęli na najbliższej polanie, a raczej na tym co nią kiedyś było – pozostała z niej jedynie sucha ziemia, wypalona ziemia. Magus chwycił swój kostur w obie dłonie i zaczął kreślić kręgi ochronne dookoła siebie, starannie wpisując w nie sekwencje run. W trakcie tej pracy zwrócił wzrok na ucznia.
- Wróć do obozu zanim ta banda pijaków posądzi nas o spisek skali światowej. Do wymyślenia zgrabnej historyjki nie potrzeba talentu magicznego, twój szelmowski talent po ojcu w zupełności wystarczy. - młody zdążył już otworzyć usta, jednak mistrz w porę mu przerwał – Ruszaj, do cholery! - wrzasnął Cain, a zdawało się, że jego głos mógł w tym momencie kruszyć kości.

Brunet skłonił się zgrabnie i błyskawicznie odwrócił na pięcie, szybkim marszem ruszając w kierunku obozowiska. „Nadęty bufon. A mówili rude jest wredne, a mówili nie idź do ryżego mistrza... I mieli rację” dodał już tylko w myślach. Całą trasę poświęcił na przyglądanie się dziwacznym tworom anomalii nadal nie mogąc zrozumieć dlaczego akurat w taki sposób zaczęła oddziaływać na drzewa.
Źródło: ehioe.deviantart.com

Paul spokojnie doglądał wyposażenia w sali operacyjnej. Skalpele wyczyszczone i powieszone na ścianie razem z innymi narzędziami, stoły nakryte i w każdej chwili gotowe do użytku. Najbliższe godziny zapowiadały się dość spokojnie, jednakże wiedział, że wkrótce czeka go piekło. Problemy zaczynały się od niedostatków w zaopatrzeniu medycznym, a kończyły na nielicznym personelu. Raptem dwudziestu chłopa, wliczając jego osobę, na garnizon liczący tysiąc osób. A walka ich nie ominie, tego był pewien każdy, kto choć minimalnie zdawał sobie sprawę z kluczowego znaczenia przełęczy Kilgraff Medyk potrząsnął głową po czym podszedł do ściany zauważając braki wśród narzędzi. Trzy skalpele chirurgiczne gdzieś zniknęły, a przynajmniej nie znajdowały się na swoim prawowitym miejscu. Będzie musiał powiedzieć Joachimowi, aby...
- Sir? Sierżant Carl wzywa do siebie w trybie natychmiastowym.
Zamyślony nawet nie zauważył, gdy w drzwiach do sali zjawił się żołnierz. 
- Zaraz się stawię. Odmaszerować, żołnierzu.

Posłaniec zasalutował po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w swoją stronę. Medyk założył ręce za plecami i powolnym krokiem udał się w stronę kwatery dowodzenia. Twierdza zdążyła już nabrać barw, a on powoli przyzwyczajał się do smrodu wszechobecnych, potrzaskujących cicho pochodni. Nadal nie mógł zrozumieć  jak przetrwała ta stara moda mimo posiadania przez nich prostych lamp naftowych, tak praktycznej i niedrogiej w produkcji alternatywy. W końcu jednak dotarł do kwatery Carla zastając go ślęczącego nad starą mapą twierdzy.
- Wzywałeś?
Sierżant zerwał się żywo.
- Jak bardzo przepierdolone mamy w przypadku walki? Mów bez ogródek.
- Przyjmiemy stu rannych, resztę z góry można kwalifikować jako martwych.
- Kurwa mać! - sierżant z iskierkami furii w oczach uderzył pięścią w stół, zostawiając na nim ledwo widoczną, krwawą plamę. Paul pokręcił głową.
- Zły przykład, komendancie, zły przykład. Morale jeszcze nie takie złe...
- Nie będzie mnie pouczał pieprzony doktorek! - odwarknął, wyraźnie zirytowany.
- Zastrzyk czy ziółka, przyjacielu? - medyk uśmiechnął się lekko, wciąż niezbyt poruszony sytuacją.
- Dość. Nie sprowadziłem cię tu w celu wysłuchiwania obelg po starej znajomości. Wiem JAK radzić sobie z podkomendnymi.
- Ściany mają uszy, Carl, zawsze o tym zapominasz. Cała odpowiedzialność na TWOJEJ głowie... Jak nie po to to po co, jednakoż?
- Nie zapominam o tym kurewskim obowiązku, o to się nie zamartwiaj, doktorku. Po co? Ku twojej radości musimy przenieść szpital do piwnic. Wiem, nie musisz mi dziękować, a zanim zadasz jakiekolwiek idiotyczne pytanie to podejdź do mapy i sam wydedukuj.
Paul przygryzł wargę powstrzymując cisnące mu się na usta przekleństwo. Kolejny tydzień zmarnowany, a wojna przyjdzie do nich lada dzień. Ciężkim krokiem, nieukrywającym zmęczenia, podszedł do stołu i nachylił się nad mapą. Punkt medyczny był z pozoru ulokowany w znośnym miejscu, patrząc przynajmniej z perspektywy zawiłych korytarzy, jednakże...
- ...wystarczy zdetonować tę ścianę i zakładając, że to przeżyjemy, to wyrżnięcie rannych razem z personelem nie będzie stanowiło zwykłą formalność. Winszuję kwatermistrzowi za pomyślunek prac w kwestii rozlokowała pomieszczeń.
- Dziękuję za docenienie mojej pracy, ale do kwatermistrza jeszcze mi daleko. - Carl zmarszczył brwi i zacisnął przy tym pięści.
- Do tematu ziółek wrócimy na poważnie po przeprowadzce. Raptem tydzień dowodzenia w tak znamienitej fortecy, a ty taki nerwowy, ay, ay! - dobry humor nie odpuszczał Paulowi pomimo napiętej atmosfery. Praca medyka polowego nauczyła go trzymania nerwów na wodzy. Sierżant już miał rozpocząć reprymendę, zapewne soczystą za sprawą najzmyślniejszych wulgaryzmów, wtedy jednak do pomieszczenia nagle wbiegł żołnierz.
- Sir.... Piwnica... - wycedził zdyszany, a na jego zalanej potem twarzy malowało się przerażenie – Sabotaż... Medyka do piwnicy, natychmiast! - wrzasnął jeszcze mniej opanowany, gdy dostrzegł Ryttersina obecnego w pomieszczeniu. Carl i Paul skinęli po sobie porozumiewawczo po czym wybiegli z pomieszczenia kierując się ku piwnicom. Przed zejściem na dół nie zastali warty, co samo w sobie było podejrzane.
- Powinniśmy wezwać posi... Paul!
Lekarz po prostu go zignorował zbiegając na dół. Mało brakowało, a wywrócił by się po drodze, gdy do jego nozdrzy dotarł swą krwi. Koniec schodów, ostry skręt w lewo i... Chlupot. Widział już wiele w swoim życiu, ale ten widok był szokujący nawet dla niego.
- O... Kurwa... - usłyszał łamiący się głos Carla za swoimi plecami.
Korytarz wysmarowany był ludzką krwią, a pośród niej dało się dostrzec leżące na ziemi organy i kończyny. Nerka, coś przypominającego kształtem serce, odcięta dłoń, genitalia. Po chwili szoku dostrzegł ginące w półmroku ciało, które znajdowało się na końcu tej krwawej łaźni. Otrząsając się z szoku postanowił przebiec przez kałuże krwi, jeśli jest minimum szansy, że organy nie należą do tego człowieka... Zwłoki żołnierza w kolczudze, serce wycięte z chirurgiczną precyzją, ciało niemalże wysuszone, choć martwe od co najwyżej godziny. Dalej jednak było tylko gorzej. W mroku korytarzy dostrzegł kolejne ciało... Następne... I kolejne... Pięciu martwych żołnierzy i dziewiętnastu medyków. Wieść prędko gruchnęła po twierdzy, jeszcze tego samego wieczoru musieli przygotować pogrzeb, zbadać miejsce zbrodni, a następnie je oczyścić. 
Ten tydzień można uznać za ciekawy z powodu małego eksperymentu, który polegał na tematycznym zejściu z tonu. Więcej kwestii popularnonaukowych, pisanie przystępniej, mniej "wydumanych" refleksji czy opisów. Chętnie dowiem się jak oceniacie ogólne wrażenia z całości. 

Tekstem minionego tygodnia, który wyróżnię osobiście, jest oczywiście "Przypadek Paula Ryttersina". Traktuję to jako lekki projekt literacki, który zaadresowany jest bezpośrednio do Was moi drodzy. Ot, przyjemna zabawa polegająca na częściowo wspólnym kreowaniu tej opowieści. Mam nadzieję, że spotka się z jakimkolwiek odzewem. 

A teraz przejdźmy do meritum, czyli nastał czas podsumowania! 

Eksperyment rozpoczął się lekkim tekstem na temat snu i, o zgrozo, "Kiedy powinniśmy spać?" to
niekwestionowanie najpopularniejszy tekst na blogu. Inspirowany artykułami prasowymi oraz
własnymi doświadczeniami w tej materii. Zapewne nieprędko napiszę coś, co chwyci ludzi za
serducha równie mocno i tłumnie.

Źródło: yourtango.com
"Jak cukier niszczy nam mózg" to efekt trafienia przeze mnie na kilka badań dotyczących fruktozy.
Zdawałem sobie sprawę z negatywnych skutków spożywania tej plagi XXI wieku, ale nie wiedziałem
że potrafią one osiągnąć aż tak silne rozmiary, szczególnie w materii naszej sprawności umysłowej.
Warto zaznaczyć, że to jedyny tekst, który ma szansę konkurować popularnością z "Kiedy
powinniśmy spać?"

Źródło: ymcasouthcalifornia.org
"Kino klasy B? A z czym to się je?" to tekst pijący wprost do mojej cichej miłości wobec starych,
dobrych filmów klasy B. Traktuję je jako swoisty rodzaj specyficznej sztuki ewentualnie coś, co
brzydko mówiąc "Ryje mózg, aczkolwiek bawi pryz tym do łez". Kreatywność twórców z tej
kategorii potrafi porażać. Dosłownie.


Zaniedbałem swój warsztat literacki, szczególnie jeśli mówimy tutaj o tekstach "literatury pięknej".
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie powinienem wracać do jej hańbienia, ale idea "Przypadku Paula
Ryttersina" jest zbyt pociągająca. Bycie w bezpośrednim kontakcie z osobami, która to czytają,
w jeszcze większym stopniu! A poza tym to doskonała motywacja by ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze
raz ćwiczyć.

Źródło" justincobacademy.org
Gwiazdy są inspirujące i pociągające. Kocham podziwiać nieboskłon, jednocześnie czując przy tym
lęk. Bo kto wie co czai się w czeluściach przestrzeni międzygwiezdnej? Warto pamiętać o tym jak
marni jesteśmy w całej swej wielkości, a nie znam lepszego strażnika tej świadomości, niż kosmos.
Tak bliski, a tak daleki. Mimo to nie sposób od niego uciec, również to ma się kryć za tekstem
"Czym jest dla nas wszechświat?"

Źródło: dreamatico.com

Ten tydzień stanowczo można uznać za powiew świeżości, ale czy słuszny i udany? Mam mieszane odczucia co do całości, bądź co bądź złamałem przy tym pewną stałą, choć tak świeżą. Niedługo minie miesiąc odkąd blog znów funkcjonuje i przy tej okazji mam cichą nadzieję, że dalej będzie się rozwijał zarówno pod kątem bazy czytelniczej jak i samej treści. 

Co w następnym tygodniu?

Ciężko stwierdzić, klaruje mi się kilka idei, aczkolwiek żadna nie jest satysfakcjonująca. Ostatnio ubyło mi odrobinę weny literackiej, oby nie odbiło się to znacząco na jakości moich tekstów. Spodziewajcie się mieszanki twórczości stałej z eksperymentalną, jedynym pewnikiem pozostaje druga część "Przypadku Paula Ryttersina". Chyba, że zostanę dziś storpedowany krytyką z powodu formy tego tygodnia, wtedy naturalną reakcją będzie powrót do formy dla mnie charakterystycznej. 

Miłej niedzieli moi drodzy! 

PRZECZYTAJ TO KONIECZNIE NIM ZAJMIESZ SIĘ OPOWIADANIEM! KLIKNIJ!

Gwoli wyjaśnienia - w ciągu najbliższych czwartków będę publikował lekką formę literacką. Dziś jedynie wprowadzenie, które nie należy do najbogatszych, aczkolwiek jego egzystencja jest konieczna. Za tydzień winno być obficiej i przyjemniej, a teraz zapraszam do lektury!

Prolog

"Przypadek Paula Ryttersina"


Źródło: pinterest.com
Twierdza na Przełęczy Kilgraff została porzucona na niemalże wiek temu, a mimo to jej majestatyczne mury wciąż budziły podziw, wiernie trzymając wartę nad całą okolicą. Ogromna, kamienna góra stworzona ludzkimi dłońmi doznała w tym czasie tylko powierzchownych uszkodzeń. Rysy na powoli kruszejących murach czy wyniszczenie przez ząb czasu kilku blank okazały się naprawdę niskimi stratami, względem szacowanych. Porzucona w ramach traktatów, a dziś znów przytulona do serca przez rząd i żołnierzy, bo na horyzoncie szybuje widmo nowej wojny. Wtedy jastrzębie przestają się przejmować umowami międzynarodowymi i, zdroworozsądkowo, zajmują pozycje jako pierwsi. A przynajmniej takie było jego zdanie jako doświadczonego porucznika. 

Stojąc na małym, drewnianym podwyższeniu, które specjalnie postawiono ku tej okazji na dziedzińcu, porucznik Carl Manover przyjmował swoje oddziały w pełnym rynsztunku bojowym. Granatowa peleryna silnie trzepotała na wietrze drażniąc się z nim, jakby naiwnie próbując go wywrócić, złamać ten protokół pełen powagi i zbezcześcić atmosferę sacrum. Ignorując to wreszcie położył obie dłonie na zdobionej brylantami rękojeści ostrza i zadarł z lekka podbródek, po czym skupił swoje oczy na podkomendnych. Właśnie do twierdzy zaczął wkraczać pochód chorągwi Lyndeburskiej, dwustu doborowych ciężkozbrojnych z wyżłobionymi na napierśniku emblematami rozwścieczonych wilków. Niektóre z pancerzy lśniły delikatnie w świetle słońca, inne natomiast były już zbyt stare i zmatowiałe, by cieszyć się takim przywilejem. Wiatr sprzyjał przynajmniej chorągwiom, które dumnie powiewały w wygrywane przez niego rytmu i, zapewne, doprowadzały do szału chorążych, którzy musieli zachować pełnię dyscypliny. Dobrze, tego im właśnie było potrzeba w nadchodzących dniach. Dyscypliny. Zaraz za siłami z Lyndeburga wmaszerowały lekkozbrojne i o wiele gorzej uzbrojone oddziały nadesłane przez lorda Conrada. Idący w skórzniach i grubych płaszczach ludzie nie prezentowali sobą za dużej dyscypliny, uzbrojeni najróżniej – od włóczni, przez miecze po topory – i bez krztyny przeszkolenia, ale mimo to cenni. Byli to okoliczni chłopi wcieleni do wojska w zamian za wolność swych rodzin. Jak nikt inny znali ten teren, mogli okazać się najlepszymi zwiadowcami, pozostało mu tylko pogrupować ich wedle więzów rodzinnych. Powinno poprawić to ich morale, poza tym trzeba jednak zachęcić plebs do wspólnej integracji, przy okazji wyznaczając wyraźną granicę pomiędzy nim a rycerstwem. Pochód wojsk witających swój nowy dom trwał dalej, po przemarszu chłopów znów zatrzepotały chorągwie prezentujące herby szlacheckie. Z Hyndebergu przysłano im kilka pomniejszych chorągwi łuczniczych, które wyposażono odpowiedni do wyprawy. Kolczugi połączone z futrzanymi dodatkami idealnie pasowały do mroźnego klimatu, w którym przyszło im operować, a przy okazji było to godne zamknięcie marszu. Całość nie trwała dłużej, niż trzydzieści minut, a niemalże dwutysięczny garnizon fortecy był wreszcie kompletny. 

Carl zarzucił wreszcie szatę z emblematem, przedstawiającym kruka wpatrzonego w księżyc, na swój lniany, codzienny strój. Dodawało mu to odrobiny powagi, której potrzebował jako świeżo upieczony dowódca placówki takiego rodzaju. Rozejrzał się po małym pomieszczeniu, na szybko wysprzątanym i wciąż praktycznie nieumeblowanym, które miało służyć za jego centrum dowodzenia. Na środku stał tylko stół z piętrzącą się stertą listów, dokumentów i map, a za nim mały taborecik. Bez krztyny emocji czy ceremonialnego protokołu godnego pysznego-dumą-idioty-w-dowodzeniu usiadł przy na nim i zajął się wreszcie papierkową robotą, od czasu do czasu gładząc się po łysej głowie. 
- Sir, przynoszę meldunek.
Z lektury nad raportem dotyczącym stanu zaopatrzenia wyrwał go młodzieńczy głos, na którego źródło prędko przeniósł swój zmęczony, chłodny wzrok. Dwudziestolatek w lekkim pancerzu kolczym, który właśnie przed nim salutował, wydawał się być z zestresowany. 
- Spocznijcie, żołnierzu.
- Sir, melduję, że źródło słodkiej wody mające swój początek w piwnicach nadal płynie. Medyk Paul potwierdził, że wciąż jest zdatna do picia.
- Dobrze, w takim razie zameldujcie kwatermistrzowi, żeby zajął się tworzeniem rezerwy i rozprowadzaniem przydziałów pomiędzy ludzi. Niech, na litość boską, pamięta o tym jaka panuje tu temperatura! Nie chcemy, żeby nasi ludzie zamiast wody taszczyli ze sobą lód!
Młody drgnął nerwowo, najwyraźniej zaskoczony swobodą Pierwszego-Przed-Bogiem tej twierdzy. Dokładnie o taką reakcję chodziło porucznikowi, który miał zamiar budować stosunkowo bezpośrednie relacje ze swoim nowym, najbliższym otoczeniem. Mają odczuwać respekt, ale nie strach.
- Zabierajcie się do pracy, a potem tradycyjnie zdajcie raport. Dziś nie ma snu, dopóki nie zajmiemy się najpilniejszymi kwestiami. Poza tym odnajdźcie sir Lidiana i popędźcie go z organizacją tego przeklętego zwiadu. Odmeldować! 
- Tak jest, sir!
Zasalutował raz jeszcze, po czym zniknął w drzwiach równie prędko jak się pojawił. Tego dnia w fortecy stanowczo nie było cicho, żołnierze podnieceni myślą o nadciągającej wojnie zdawali się wręcz radować i ochoczo oczyszczali fort z wszelakiego gruzu i ruin, a tymczasowe pole namiotowe na dziedzińcu wybuchało gromkim śmiechem raz po raz, ku irytacji aktualnie trzymających wartę. Tego jednego dnia spłynął alkohol nim nastała noc. Integracja przebiegała pomyślniej, niż można by o tym pomyśleć. Tylko biedni traperzy umykali gdzieś przy tym wszystkim, odizolowani, zagonieni do najcięższych prac. 

Pierwsze dni były niezwykle korzystne dla garnizonu, a już po dwóch tygodniach sporządzono dokładne mapy terenu i zakończono powierzchowną renowację. Stworzono również małe przyczółki na skraju lasu okalającego twierdzę w roli punktów pierwszego reagowania. Wyznaczono patrole, zabezpieczono fragment głównego węzła komunikacyjnego, a wszystko przebiegało bez problemu. Mimo to dało się wyczuć narastające napięcie i grozę wiszącą w powietrzu, choć wciąż nieujawnioną przez jakiekolwiek zdarzenia. Koniec drugiego tygodnia przyniósł ciemne chmury i wzmożony wiatr, a z nim pierwsze opady śniegu. Przekleństwom wśród wartowników nie było końca. 

(koniec wprowadzenia)
Po namyśle - krótki wstęp będzie przydatny przy każdym opowiadaniu, dlatego dodaję takowy do tego, choć po czasie. Co było inspiracją? Liczne noce spędzone na łódzkiej Piotrkowskiej - od zmierzchu do samego świtu. Obserwowałem wtedy różnorakie sytuacje, które znalazły ujście oraz skrybę w tym opowiadaniu. Dodatkowym smaczkiem jest skrywanie naszych bohaterów za zasłoną tajemnicy - jest to próba nadaniu sytuacji pewnego uniwersalizmu, ułatwienia wczucia się czytelnikowi.

* * *

Spacerowaliśmy brukowaną uliczką w świetle gwiazd i słabych, miejskich lamp – pożółkłe światło nawet nie oświetlało dobrze otaczających nas, starych kamienic. Za dnia dało się dostrzec każdą ich rysę, choć ginęły one w swym ogromie. O tej porze osmolone, brudne ściany nawet nie były widoczne, wszystko zdawało się być piękne, otulone w płaszcz mroku utkany z najszlachetniejszych tkanin.

Świat wciąż żył – dookoła nas roześmiane, wesołe tłumy dopiero co idące na zabawę lub
z nich wracające. Ciężko było znaleźć wolne miejsce przy stolikach przed restauracjami – wszędzie zebrali się już koneserzy piwa i starzy, dobrzy znajomkowie, którzy postanowili podyskutować o polityce czy bardziej przyziemnych sprawach dotyczących Janków, Piotrków czy też innych Kasiek. Powietrze wypełniał zapach relaksu, chmielu i odprężenia, przerywany jedynie wybuchami gorąca z drzwi mijanych restauracji – biedni ludzie, którzy musieli przesiadywać wewnątrz...! Czy zdawali sobie sprawę z tego, ile tracą? Z resztą - alkohol i tak przysłoniłby ich oczy.

Odetchnęliśmy, gdy powitała nas opustoszała część ulicy – handel o tej godzinie nie kwitł, nieliczni dążyli w stronę epicentrum nocnego życia, jedynie przypadkiem mijając te wszystkie, zamknięte sklepy, które oczekiwały na zaawansowany poranek, by i tu przywrócić codzienny zamęt. Napotkaliśmy jedynie dwie staruszki, które postanowiły skorzystać z wolnego stolnika pod ostatnim, niesprzątniętym parasolem - w milczeniu grały w karty. A dla nas? Wtedy było tak spokojnie – rozmawialiśmy o swoim życiu, rodzinie, przeszłości... Tematy niefortunne
i sprawiające przykrość, jednak rozwijające relację – w końcu od czegoś więcej, niż wysłuchiwania ich jęków, ma się tych niewdzięcznych przyjaciół. Nikt nie zwracał na nas najmniejszej uwagi – chcieliśmy usiąść na jednej z pustych ławek, wciąż mokrych z powodu nawałnicy sprzed kilku godzin. Poświęciłem swoją bluzę na niewdzięczną rolę szmaty - minęła godzina, dwie, a noc wciąż była jeszcze młoda. Postanowiliśmy ruszyć dalej, ale zmienić kierunek – zawrócić, przejść się do parku pod fontannę, która o tej porze powinna być wreszcie oazą spokoju i osamotnienia.

Wracaliśmy poprzez jeszcze większe tłumy – niektórzy już dogorywali, cuchnąc niczym gorzelnie
i wykładając się na stolikach. Wśród mężczyzn, jak i kobiet, zaczęły krążyć skąpo odziane panienki
z parasolami – lubieżnie eksponowały swe nogi i zbyt odważnie podchodziły do podchmielonych samców, rozpieranych przez pierwotne instynkty – chyba tylko resztki kultury utkwione gdzieś
w podświadomości powstrzymywały część z nich od ślinienia się. Młodociane pannice zaczepiały
i zapraszały do pobliskiego klubu – oferowały najlepsze, co posiadały, ponętnie wskazując na swe ciała, wspominając o tańcach i ochoczo wyprzedzając pytania rodzących się bestii, iż nie tylko na tym się skończy. Po drugiej stronie ulicy – wrzaski, awantury. Dwie, pijane kobiety pokłóciły się i doszło do bójki, interweniował patrol policji, który akurat zbłąkał się w okolicy. Idąc dalej – grupka nieprzyjaźnie wyglądających mężczyzn wspominała o ustawce z jakimś arabem, którego należałoby, wedle nich, nauczyć polskości. Ale to nic, staraliśmy się tym wszystkim nie przejmować – nie pierwszy i nie ostatni raz zostaliśmy świadkami nocnego życia w jego pełni, pozostało tylko nie rzucać się w oczy, by nie wpaść pomiędzy jego zębatki.

Dotarliśmy pod fontannę – nie było tam nikogo. Siedzieliśmy, dalej rozmawiając, śmiejąc się
i czując biorące górę zmęczenie. Chłód wzrósł w siłę - w niczym nie przypominając upałów trwających jeszcze za dnia, a kojarząc się z jesiennymi wieczorami - potęgowany przez pobliską wodę. Szum fontanny łagodził zmysły – harmonia strumienia tryskającego w górę i w postaci kurtyny opadającego w dół wydawała się być sztuką najczystszą w samej sobie – wystarczyło tylko wybić ten życiodajny płyn w górę, aby mógł on stworzyć coś tak pięknego. 

W pewnym momencie ucichły rozmowy – zamarliśmy we własnych ramionach, nieśmiało, jakby wstydząc się świata – na nieboskłonie widniał jeszcze księżyc w całej swej okazałości – posrebrzone korony drzew, zapewniające ochronę przed większością świata, nabrały mistycyzmu, w całym swym majestacie osiągały status milczących strażników tamtych chwil.

Zebraliśmy się, gdy zaczęło świtać. Pożegnaliśmy się półprzytomni – rozstaliśmy dopiero
u schyłku trasy, wtedy zawróciłem w swą stronę. Miasto było ciche i spokojne, dopiero ze świtem choć na chwilę usypiało – nie licząc może grup ludzi, którzy nadal opuszczali księstwo rozpusty. Ale czy można ich do końca nazwać ludźmi? Wszystkie pierwotne żądze, które władały nimi kilka godzin temu, zaspokajająca je krew bądź upojna noc, zdrada ukochanych, zawód dla dobrych matek, wstyd dla dzieci... Gdzie podziały się wszystkie wartości? Gdzie ta duchowość, tak ludzka i emocjonalna, nieteologiczna?

Żaden z nich nie zrozumiał romantyzmu księżycowej nocy.